poniedziałek, 11 czerwca 2012

Wariatkowo - część 1


A/N: dzięki wielkie za komentarze :) ok, wraz z Wenciem-shardiffciem zapraszamy na 1 rozdział 'Wariatkowa'. Ku ścisłości - akcja dzieje się mniej więcej w połowie 5 sezonu. Mike żyje i miesza wraz z panią Dyrektor. Zespół jest troszkę... hymm... nieufny względem Tony'ego i Gibbs... jak to Gibbs przy Franksie... Czekam na wasze komentarze. Piszcie co myślicie. Ah... na razie jak widzicie mam przypływ wena ale nie wiem na jak długo, zatem w razie czego przepraszam ;) Jeszcze 2 egzaminy przede mną wiec nie wiem jak będzie z częstotliwością wpisów.
Ależem sie rozpisała... kończe...
** Chandni**
   

Kiedy się obudził w pokoju panowała błoga cisza i niemalże egipska ciemność. Brakowało tylko mumii i plag, ale to drobiazg w porównaniu z jego obecnym położeniem. Z ulgą odkrył, że jego umysł nie był zbyt na haju i mógł w końcu po wielu godzinach bliżej nieokreślonego czasu, pomyśleć i porozmawiać z mądrym, czyli samym sobą.

Dlaczego to on zawsze wpada w tarapaty?
Zapowiadała się całkiem prosta, ba, wręcz banalna sprawa. Mięli się szybko z nią uporać, bo właśnie zaczynał się długo upragniony przez niego maraton klasyków kina i już karnet dawno miał wykupiony.
Zatem musiał powrócić do pytania, na które wcześniej nie był w stanie sobie odpowiedzieć. Co robił zanim znalazł się w tym szambie?
Jadł kanapkę, rozmawiał z McGee o tym, że powinien zabrać Abby do Disneylandu, pokłócił się z Gibbsem o jakąś głupią misję, w której Gibbs brał udział i im nic nie powiedział.

Tony zamknął oczy...
Pokłócili się i to ostro. Zwłaszcza, że oliwy jak zwykle dolewał Mike Franks. Ten człowiek mógłby sobie odpuścić pakowanie ich Szefa w ciągłe tarapaty. Ale nie! Gibbs musiał się narazić dla niego i pani Dyrektor. Jakby mięli mało po sprawie z Żabojadem. No i właśnie, skoro jesteśmy przy tym jakże uroczym temacie, Gibbs musiał mu to wypomnieć. Jeszcze na dodatek podważył jego umiejętności tajnego agenta, ponieważ Tony popełnił jeden głupi błąd – zakochał się. 
Skrzywił się na samo wspomnienie zważywszy, że Jeanne potem oskarżyła go o zabicie ojca.
Ale nie! Gibbs był na cos wściekły (oczywiście Tony nie znał powodu) i wyżył się jak zwykle na nim. Do tego Abby też miała do niego pretensje, że nie dowiedział sie wcześniej o tajnej misji Gibbsa. Odnosił również dziwne wrażenie, że po sprawie z Żabojadem Ziva i Tim jakby mniej mu ufają. Czy to była jego wina, że pani Dyrektor go wykorzystała?

Nie!
Ale oczywiście, jak zwykle to on był winien.
Powoli otworzył oczy. Chociaż czuł się zmęczony i obolały to postanowił wykorzystać moment do zastanowienia się.
Kim byli ci ludzie, których wcześniej widział i skąd ich znał? A przede wszystkim czego chcieli od niego?
Ale żeby odpowiedzieć sobie na te pytania to musiał wrócić do sprawy.
A więc... zajmowali się sprawą oficera Bentona „Ptaśka” Cola, który został zamordowany. Motyw i dowody wskazywały na byłą narzeczoną do momentu, gdy dostali informację o tym, że oficer był ostatnio leczony psychiatrycznie przez rodzinnego specjalistę, który udzielał swych porad w starym szpitalu na przedmieściach Morgantown.
Czy musi wspominać z czym, a raczej z kim kojarzy mu się ksywka oficera?
Tak, z filmowym Ptaśkiem, który cierpiał na schizofrenię.
Zatem Tony pojechał sam do Morgantown na spotkanie z lekarzem. Sam ponieważ McGee skręcił kostkę a Ziva z Gibbsem sprawdzali inne poszlaki. A poza tym, co mogło by się stać podczas spotkania z sześćdziesięciopięcioletnim  doktorem?
A jednak...

Jednak cos się stało by wylądował tu... w zamkniętym skrzydle szpitalnym, do którego nikt nie zaglądał. Skąd wiedział? Otóż jego otępiały, znarkotyzowany mózg zarejestrował tę informację, która raczyli mu podać jego ‘gospodarze’.
Pamięta, że rozmawiał z doktorem Francisem O’McDonnald i kilkoma jego współpracownikami. Pamięta, ze doktor został nagle wezwany do jednego z pacjentów pozostawiając Tony’ego samego w gabinecie. Oczywiście nie byłby sobą gdyby nie powęszył. Coś zwróciło jego uwagę... coś istotnego dla sprawy ale... Jedna z pracownic przyniosła mu herbatę. Z uprzejmości i by nie wzbudzać podejrzeń upił kilka niewielkich łyków. No i to był jego wielki błąd, bo następnym co pamieta to fakt iż leciał na bliskie spotkanie i w objęcia z podłogą.
Dobra... skoro przypomniał sobie już tyle, to może podczas przypominania sobie kto nad nim stał, sprawdzi stan rzeczy. Poruszył się ostrożnie. Bok i kolano pulsowały tępym, promieniującym bólem. Tylko dlaczego? Upadł na bok? Był ciągnięty po podłodze?
Przetarł dłonią oczy, za którymi wydawało mu się, że ma piasek. Jak dobrze, że miał ręce nieprzywiązane do łóżka. Kolejną miła rzeczą był fakt iż dłużej już nie był podłączony do kroplówki.
Skrzydło szpitalne...? Coś mu w tym temacie nie pasowało... Jeśli dobrze pamięta, to budynek był niewielki i dwupiętrowy. Nie posiadał jakiegoś starego skrzydła szpitalnego. Ale z tego, co McGee zdołał mu powiedzieć przed jego podróżą,  cztery kilometry od tej niewielkiej placówki znajdywał się stary szpital, który stał na skraju lasu i był przeznaczony do rozbiórki. No cudownie wręcz!

Wtem do jego wciąż lekko zamroczonego umysłu dotarł jeden umykający szczegół. Skoro dosypali mu coś do picia, musieli go jakoś przetransportować do tego drugiego budynku.
 - Cholera – westchnął bezradny. Teraz sobie przypomniał. Obudził się w karetce i próbował wyskoczyć... wróć... aktualnie to wyskoczył z pędzącego auta na szutrową drogę. To mogłoby wyjaśnić ból żeber, uda i kolana. Musiał się nieźle poobijać. Ale czy aż tak mocno by być pod kroplówką?
Dopiero teraz dotarło do niego, że jego prawe kolano spoczywało jakby na poduszce. Sięgnął niepewnie ręką do nogi i wymacał bandaż, krzywiąc się przy tym z powodu bólu najprawdopodobniej złamanych żeber.
Pamięta, że upadł mocno, przekaturlał się i wpadł jakby w jakiś rów. Uderzył o coś kolanem. Ból zaćmił jego umysł. Pamięta krew... spojrzał ostatkiem sił na kolano, które uderzyło o głaz...
Niech to szlag!
Roztrzaskał kolano!   

niedziela, 10 czerwca 2012

Epilog

A/N: Co dobra szybko sie kończy. Słyszę juz tu Wasze niezadowolenie ale wspominałam, że nie bedzie to długie opowiadanie ;) A poza tym kolejne na Was czeka ;) Zatem miłego czytania :)
ps. tym razem pozdrowienia od Wena-Ianto :D


** chandni**





Trzy długie tygodnie. Tyle Tony musiał czekać aż lekarze pozwolili mu wrócić do pracy, biurkowej rzecz jasna, bo w chwili obecnej nie było mowy o pracy w terenie. Po wyjściu ze szpitala Tony pozostawał pod czujnym okiem Gibbsa i G.

Rzecz jasna G złożył zeznania i dzięki rysopisom udało im się dopaść tych osiłków, którzy próbowali zgwałcić dwie dziewczyny i pobili Tony’ego.
Niestety urlop Callena szybko się skończył i agent musiał na dniach wracać do LA. Gibbs z zadowolenie patrzył jak obaj młodzi mężczyźni po tamtym niemiłym zdarzeniu zaprzyjaźnili się. Pod koniec pobytu Callena w DC dołączył do nich Stan. Jego pierwsza reakcja była dokładnie taka sama jak G. I tak jak Callen próbował przegadać Gibbsa, ale już po pierwszych dwóch zdaniach zrezygnował.

Gibbsowi ulżyło, bo już się obawiał, że będzie musiał bronić swojego zdania odnośnie szczeniaka przed resztą stada. Nie chciał też by reszta odeszła z tego powodu z ‘rodziny’.
To Ducky wytłumaczył Stanowi, Kate i G. Powiedział im przez, co Tony przeszedł od urodzenia aż do, praktycznie rzecz biorąc, teraz. Zaznaczył umiejętnie przy tym, że Tony nie potrzebuje litości lecz wsparcia i akceptacji.
I to właśnie mu zapewniali.
 
Przede wszystkim uczyli Tony’ego prosić o pomoc. Wbijali mu do głowy, że nie musi robić sam wszystkiego, że może liczyć na pomoc kogoś ze stada. Gibbs miał świadomość, że w kilka tygodni nie da się naprawić całej krzywdy i odrzucenia jakie spotykało Dinozzo od urodzenia ale miał nadzieję, że kiedyś mu sie uda.

I miał nadzieję, że nigdy, a to przenigdy, nie spotka na swojej drodze DiNozzo Seniora, bo to mogłoby się skończyć źle, a nie chciałby iść do wiezienia za zabicie tego bydlaka.

Gibbs odłożył swoje narzędzia i spojrzał na łódź, po czym wrócił na górę. W salonie panował półmrok. Jedynym światłem był skaczący płomień w kominku. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta trzecia. Abby z Kate spały przy kominku, Ducky na fotelu, a G i Stan na dywanie. Wszyscy byli w swych zwierzęcych formach. Gibbs przemienił się i ułożył na kanapie. Po chwili dotarły do niego ciche odgłosy ze schodów. Gibbs tylko uniósł lekko jedną powiekę i zobaczył jak mała kulka zeskakuje z ostatniego schodka. Malec spojrzał się po śpiących, okręcił i chwile stał niepewnie zastanawiając się gdzie powinien się położyć. Nie trwało to długo. Szczeniak podszedł pod kanapę, zamerdał ogonkiem i wskoczył na nią. Następnie wślizgnął się pomiędzy przednie łapy Gibbsa, tak iż jego łepek spoczywał tuż pod brodą Gibbsa. Agent mruknął tylko zadowolony, pozwalając by Szczeniak wygodnie ułożył się na jego łapie. Po chwili malec ziewnął i sekundę później już spał.
Gibbs nigdy nikomu tego na głos nie powie, nawet jeśli by go torturowano, lecz uwielbiał te momenty, gdy Tony spał przy nim. A i Ducky nawet przyznał, że zdecydowanie lepiej wyglądają, gdy w ten sposób śpią. Są bardziej wypoczęci i zrelaksowani, co w ich zawodzie jest bardzo ważne. Gibbs zamknął oczy, całkiem zrelaksowany i z pełna świadomością, że jego sfora jest w komplecie i bezpieczna pod dachem jego domu.   

sobota, 9 czerwca 2012

Wariatkowo.


A/N: Koko koko Euro spoko... wróć... to nie na bajka :P Do Sfory Gibbsa wrócimy jeszcze ale...
Z pozdrowieniami od wena-Shardiffa >:D

**Chandni**

Pierwszym, co pamięta to fakt iż obudził się w całkiem obcym mu miejscu - a właściwie to pokoju, który miał przebrzydle blado-niebieskie, odrapane ściany. Po chwili do jego otępiałego umysłu dotarło, że jest w czymś, co można nazwać szpitalem - sądząc po kroplówce, którą podłączoną miał do prawej ręki oraz specyficznym, przepełnionym chlorem, zapachu jaki unosił się w pomieszczeniu.

‘Gratulacje Agencie Specjalny DiNozzo’ skarcił siebie w duchu, jednocześnie próbując się poruszyć lecz jego ciało nie reagowało w ogóle na polecenia mózgu, jakby był sparaliżowany bądź pod wpływem jakiś dobrych szpitalnych dragów. Na szczęście wzrokowo mógł rozejrzeć się, chociaż z pozycji całkiem leżącej to nie miał zbyt wielu perspektyw.

Leżał w dziwnym rogu pokoju, zaraz przy drzwiach. Z jednej strony łóżka była jakaś ścianka oddzielająca go od reszty pomieszczenia. Na wprost było niewielkie, zakratowane okno a niedaleko stał stolik z wazonem zwiędniętych kwiatów. Próbował się rozejrzeć czy w zasięgu mógłby dostrzec coś czym mógłby przywołać kogoś kto wyjaśniłby mu zaistniałą sytuacje bo niestety nie potrafił przypomnieć sobie dlaczego i jak tu trafił - i przede wszystkim gdzie to owo ‘TU’ się znajdywało.
W międzyczasie gdy rozglądał się, próbował sobie przypomnieć, co robił zanim mógł wylądować w tak ‘przyjemnym’ miejscu. Lecz w chwili obecnej jego mózg, a raczej pozostałości z niego, odmawiał posłuszeństwa i nie pomagał w przypomnieniu sobie tak istotnych faktów.

Niestety niczego nie dostrzegł - tak na prawdę jedynym sprzętem medycznym była owa kroplówka, która już jakiś czas temu się skończyła.

Myślał, że ucieszy się z powrotu czucia i możliwości ruchu w ciele ale razem z tym pojawił się silny, promieniejący ból zaczynający się od połowy żeber prawego boku a kończący się na jego kolanie.
I kiedy już myślał, że nie zniesie dalej tego bólu nagle do pomieszczenia wszedł mężczyzna. Nie odzywając się ani jednym słowem po prostu i ostentacyjnie wstrzyknął mu jakiś płyn prosto w obolałą żyłę. Nim Tony zdołał się odezwać mężczyzna, jak tajemniczo się pojawił tak i zniknął za drzwiami. Jednak najgorszym, co mu przyszło na myśl przed pogrążeniem się w odmęty nieświadomości był fakt iż znał tego mężczyznę, lecz rzecz jasna nie wiedział skąd.

******

Słyszał nad sobą głosy,stłumione, zniekształcone ale jednak. Kiedy uchylił powieki mgła spowijała pokój a raczej jego umysł, co wpływało na ostrość jego widzenia. Jeden głos należał do mężczyzny a drugi do kobiety - i, och, oczywiście, że w podświadomości znał oba głosy.
Ufał tym ludziom w pewnym sensie, jeśli można to tak nazwać w jego zawodzie.
Czemu to właśnie jego muszą spotykać tak ‘fascynujące’ przygody?
Nagle przed jego oczyma zamajaczyła postać mężczyzny. Nachylał sie nad nim z sadystycznym uśmiechem a w reku trzymał już nudny element tej jakże interesującej zabawy - strzykawkę.

czwartek, 7 czerwca 2012

Rozdział 7


A/N: HA! Udało mi sie w... niespełna godzinę napisać rozdział :D Jesteśmy z Wenem dumni z siebie ;) Mam nadzieję, że Wam się spodoba. 
** Chandni**


Gibbs nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Próbował zająć się łodzią ale nie szło mu to za bardzo. Zabierał się za czytanie książki ale nie potrafił sie skoncentrować na tekście. Jego przeczucie podpowiadało mu, ze stało się cos złego. Jako Alfa miał bardzo silne i dobrze rozwinięte przeczucie ale jeśli do tego dołożysz instynkt ojcowski... Gibbs omal wewnętrznie nie szalał. Krążył po salonie niczym lew uwięziony w klatce i rzucał gniewne spojrzenia na telefon. Wiedział, że G jest z Tony’m, a raczej Tony z G u Abby. Jak ten smarkacz zalazł mu za skórę! Nie martwił się nigdy o nikogo aż tak bardzo, nawet o Abby. To przez to, że DiNozzo jest szczeniakiem!, tłumaczył sobie w myślach.  Wiedział, że nie może zamienić się w swoją zwierzęcą formę bo jeśli któryś z nich zadzwoni to nie będzie w stanie odebrać. Zatem musiał pozostawać czujny w ludzkiej postaci i to doprowadzało go do szału, bo w swej drugiej postaci lepiej radził sobie z emocjami. 

Siedem miesięcy! W te siedem miesięcy Dinozzo stał się jego dzieckiem. Wróci! To stało sie w przeciągu kilku dni!
- Cholera! - zaklął Gibbs przecierając szorstką dłonią zmęczone oczy. Nagle podskoczył na dźwięk telefonu i poczuł jak serce podchodzi mu do gardła - Gibbs - warknął i zamarł. Czuł jak czas zwalnia, jak z niedowierzaniem słucha tego, co mówił mu a raczej próbował powiedzieć Callen. Mężczyzna był w szoku. Mówił nieskładnie i szybko. 

Napad...
Pięciu na dwóch...
Bokser zaatakował Tony’ego...
Tony jest na OIOM’ie...


Gibbs nie wiedział jakim sposobem znalazł się w szpitalu i nie spowodował po drodze żadnego wypadku. Niemalże biegł w stronę oddziału, który wskazał mu G. Zatrzymał się przed wejściem na oddział i uderzył pięścią w ścianę by rozładować choć trochę napięcie. Jeszcze będąc w domu zadzwonił po Ducky’ego. Tylko on mógł w razie czego przetłumaczyć całą terminologie medyczna z ichszego na Gibbsowski. Gibbs oparł głowę o zimną ścianę. Po śmierci Kelly obiecał sobie, że juz nigdy nie pozwoli by ojcowskie uczucia w nim się obudziły i wzięły nad nim kontrolę. Przez tyle lat udawało mu się to, aż do pojawienia się w jego życiu DiNozza.
- Szlag! - warknął, wziął głęboki oddech i wszedł na oddział. Od razu zobaczył siedzącego na krześle Callena. Przy nim stał najprawdopodobniej lekarz, tak bowiem wskazywał wygląd mężczyzny.
- Co z Tonym? - zapytał podchodząc do nich.
- Jak mniemam Agent Gibbs. Jak mówiłem agentowi Callenowi, agent DiNozzo miał wiele szczęścia. Ma wybity prawy bark, złamane trzy żebra, lekki wstrząs mózgu. Szkło, które wbiło się mu w brzuch na szczęście nie uszkodziło organów wewnętrznych. Uderzenie o ścianę spowodowało obrzęk prawego płuca, przez co agent DiNozzo ma problemy z oddychaniem. Jest cały podrapany, posiniaczony i pokaleczony od kawałków szkła. Stracił sporo krwi ale w chwili obecnej jego stan jest stabilny a życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Jednakże - tłumaczył lekarz spokojnie i prostym językiem - Dla pewności przez dobę pozostawimy go na obserwacji na OIOM’ie.
- Mogę...? - Gibbsowi aż zaschło w gardle pod wpływem emocji.
- Jest pod wpływem silnych środków przeciwbólowych i w chwili obecnej śpi. Nie sądzę by obudził się do rana - ostrzegł doktor po czym oddalił się.
- Gibbs... - Callen zaczął czując się winny za cała sytuację.
- Nasłałeś na was tych dryblasów? - zapytał Gibbs ostro spoglądając na agenta.
- Nie... - szepnął - Ale...
- Nie twoja wina, miałeś rację - westchnął ciężko Gibbs.
- A chciałbym jej nie mieć. Gdyby nie ten bokser dalibyśmy radę. Tony zamknął jednego w kontenerze - na to wspomnienie G lekko sie uśmiechnął.
Gibbs tylko skinął głową. Chciał jak najszybciej zobaczyć swoje dziecko. Zatem powoli i niepewnie ruszył w stronę pokoju, w którym leżał Tony. W drzwiach spotkał pielęgniarkę, która łagodnie sie do niego uśmiechnęła i podała mu standartowe ubranie ochronne, które należy włożyć przed wejściem. Agent posłusznie i szybko nałożył materiałowy kapok i wszedł do pomieszczenia.

- DiNozzo - jęknął Gibbs widząc Tony’ego takiego. Cały podłączony do aparatury monitorującej jego parametry życiowe, kroplówka z fluidami i lekami, kroplówka z krwią, maska tlenowa okrywająca pół jego twarzy. Prawa ręka usztywniona. Reszta była schowana pod ubraniem szpitalnym. Twarz Tony’ego była podrapana, oczy podkrążone, cera blada. Na kości policzkowej rysował się żółto-fioletowy siniak.  Gibbs podszedł do łóżka uważając na całą aparaturę. W jedną dłoń wziął dłoń Tony’ego, a drugą położył na jego głowie i pogładził go po włosach.
- I, co ja mam z tobą zrobić? - mruknął nie oczekując, że mu ktoś odpowie, gdy usłyszał nagle za sobą znajomy głos.
- Po prostu kochać - odparła Abby uśmiechając się do niego blado. Za nią w drzwiach stali Ducky, G i Kate.    

****

Siedem godzin.
Tak długo jeszcze przy nikim bez przerwy nie siedział przy łóżku w szpitalu. Siedział i trzymał Tony’ego za rękę bojąc się ją puścić. Miał wrażenie, że jeśli to zrobi to stan Tony’ego się pogorszy i go straci. DiNozzo przespał większość nocy spokojnie. Tylko raz przydarzył sie atak silnego bólu, po którym lekarze ponownie musieli założyć Tony’emu szwy na brzuchu.

W końcu sen zmorzył Gibbsa i teraz mężczyzna drzemał na niewygodnym szpitalnym krześle.
Cichy jęk i drgniecie ręki w jego dłoni postawiło agenta na równe nogi.
- Tony? DiNozzo? Hej, otwórz oczy - Gibbs starał się mówić spokojnym i opanowanym głosem, jednocześnie chwytając wolną rękę za przycisk by zawiadomić pielęgniarki i lekarza.
- Gibbs - szepnął Tony, po czym powoli otworzył oczy.
- Nigdy więcej tego nie rób - Gibbs nachylił sie nad nim i pocałował w czoło. Po chwili w pokoju była masa ludzi: pielęgniarki, lekarze a w drzwiach cisnęli się Abby, G, Kate i Ducky.  

wtorek, 5 czerwca 2012

Jak Tony Stark


A/N: Deszcz pada a ja jestem w nastroju z Wenem-Shardiffem melancholijnym :) Wybaczcie, mam nadzieję, że sie spodoba. 
ps. chusteczki będą potrzebne.

** Chandni **

Deszcz spadał z ciemnych, gęstych chmur, jakby chcąc zmyć ból i cierpienie z postaci stojącej przy świeżym grobie. Miał na sobie długi, szary płaszcz. Parasolka, którą zrozpaczona laborantka zostawiła dla niego by mógł się osłonić przed deszczem, leżała na równo skoszonej trawie. Oprócz niego na cmentarzu nie było nikogo. Sam również nie wiedział dlaczego wciąż tu stoi. Wszyscy juz dawno sie rozeszli i udali na niewielkie przyjęcie, podczas którego mieli opłakiwać przyjaciela przy wznoszeniu kolejnych toastów. Jednak on nie czuł się na siłach by być w tej chwili razem z nimi, by pić. Chociaż wiedział, że jego agent bardzo by tego chciał. Wolałby by wypił za niego niż stał przy jego grobie nie wiedząc, co ze sobą począć. To nie było w jego stylu ale już nic nie będzie takie jak dawniej. Stracił swoje dziecko, a to dla ojca jest niewyobrażalny cios prosto w serce. Jego dusza była pusta a serce krwawiło, umysł juz dawno sie wyłączył. Był odrętwiały, obolały.
Chciał zawyć z bólu i rozpaczy.
Tak nie powinno się dziać.
Stracił juz trzecie dziecko.
Najpierw Kelly, potem Kate a teraz...
Tony!
Cichy jęk wydobył się z jego gardła.
Drżał, lecz nie z zimna.
Zdziwił się, że jeszcze był w stanie płakać.
Deszcz przypłaszczył mu srebrne włosy i skapywał po nieogolonej twarzy.
Wziął głęboki, ciężki oddech, zamknął oczy i wrócił wspomnieniami do tamtego bolesnego wydarzenia.

** flashback **

Dzień zapowiadał sie jak co dzień. Ziva siedziała w samochodzie obok niego i próbowała nie śmiać się z żartów Tony’ego, który wraz z Timem siedział z tyłu. McGee śmiał się i sprawdzał jednocześnie informacje na swoim tablecie. Tony siedział zaraz za nim w tych śmiesznych okularach przeciwsłonecznych i opowiadał głupi kawał. Głupi lecz śmieszny.
Prowadził wojskowy wóz przez pustynną drogę w Afganistanie, gdzie mieli ochraniać Sekretarza i Dyrektora podczas jakiegoś ważnego spotkania. Jechali w galowych strojach. Kamizelki leżały pomiędzy DiNozzo a McGee, na tylnym siedzeniu. Każde z nich miało przy sobie swoja broń. Za nimi jechał drugi wóz z wojskowymi, którzy mieli ich ubezpieczać. Trasa była kilkakrotnie sprawdzana. Miało nie być problemów.

Miało.
Do dziś nie wie jakim sposobem zostali ostrzelani. Pamięta, że przyśpieszył lecz musiał hamować, bo przebili im wszystkie koła. Napastnicy dysponowali bardzo dobrą bronią. Kątem oka zobaczył jak na terenie skalnym cos błysnęło.
- Z wozu! - rozkazał wysiadając błyskawicznie. Przykulony biegł wraz z Tonym w stronę skał, gdzie chcieli sie schować. Niestety nie zdążyli. Pocisk trafił w ich wóz. Zobaczył jeszcze jak Tony odwraca sie by sprawdzić status Zivy i Tima. Wtem poczuł pchnięcie, szarpiecie w ramieniu, a następnie upadł na ziemię. Odłamki wbiły mu sie w skórę niczym jak ze śrutówki. Leżał ogłuszony a na jego plecach spoczywało cos ciężkiego. Próbował zdefiniować kształt i ciężar by wiedzieć, co na niego spadło. W głowie mu huczało a od ciężaru było mu trudno oddychać. Nagle rozejrzał się by sprawdzić, gdzie jego agent.
- DiNozzo! - krzyknął i zamarł. To, co leżało na nim...
- Gibbs! - dotarł do niego krzyk Zivy.
- Tony? - Gibbs poczuł jak ciało, które na nim leżało zsuwa się z niego.
- S-srry, Sze-fie - Gibbs zerwał sie szybko na kolana słysząc szept DiNozza, który był przepełniony bólem. To, co zobaczył przeraziło i zmroziło go. Tony leżał na piasku a jego biała jeszcze do niedawna koszula była cała we krwi. Miał również zadrapana twarz.
- Cholera, DiNozzo - Gibbs przypadł do niego i ostrożnie zaczął oglądać jego rany.
- Zi-a, Tym? - zapytał Tony krzywiąc sie z bólu. Gibbs podniósł głowę by zobaczyć jak Ziva i Tim biegną w ich stronę. Oboje pobrudzeni i gdzieniegdzie z plamami krwi, ale cali.
- Boże, Tony! - Ziva przypadła do niego i położyła dłoń na jego pokiereszowanej twarzy.
- Ja... jak... T-tny... Stark - Tony zaśmiał się gorzko. Nawet ranny potrafił przytaczać cytaty filmowe i kojarzyć sceny.
- Stark przeżył i został super-bohaterem - odezwał sie McGee, który pomagał Gibbsowi tamować krew na torsie Dinozzo. Głos Tima załamywał sie i drżał. Był pełen emocji.
- Ta... - Tony zaśmiał sie lecz zaraz zamienił sie jego śmiech w syk bólu.
-  Major Williams zawiadomił bazę, ekipa ratunkowa niebawem tu będzie - zapewnił drżącym głosem McGee.
- P-eproś Abs od-mnie - Tony chwycił swojego Szefa za dłoń. Gibbs widział, że coraz trudniej jest mu oddychać. Krwawił też coraz mocniej, a grymas bólu nie schodził z jego twarzy.
- DiNozzo, co ja powiedziałem? - warknął na niego. Nie mógł dopuścić do siebie tej myśli. Nie tak... To nie działo się teraz. Nie na obcej ziemi, przelatywało mu przez myśl. DiNozzo nie mógł teraz umrzeć, nie tak. Nie ratując Gibbsowi życie!
- Musicie... trzymać razem - DiNozzo zwrócił sie do Tima i Zivy.
- Tony, to nie jest pożegnanie - wykrztusił Tim. Kiedy Gibbs spojrzał na niego, zauważył, że młodszy agent ledwo powstrzymywał łzy.
- M-sze zzłamć zasdę... - Tony spojrzał Szefowi prosto w oczy. Gibbs wyczytał w jego zielonych, zmęczonych oczach strach, przerażenie i ból. Ból, że łamie zasadę, łamie rozkaz swojego Szefa i, że nie jest w stanie walczyć dalej. Jethro zobaczył jak krew wypływa z ust Dinozzo. Otarł mu ją kantem swojej drżącej dłoni. Potrzebował tego kontaktu, bo mógł to być ich ostatni.
- Jestem z ciebie dumny, synu - szepnąłem mu do ucha. Uśmiechnął się.
- Pomoc już jest - dotarł do niego głos Zivy i wtedy poczuł jak dłoń Tony’ego wyślizguje mu sie z ręki.
- Tony!

** koniec flashbacku **

Pamięta jak dziś ten jego przeraźliwy krzyk. Pamięta szloch Zivy i płacz Tima, który z niedowierzaniem patrzył na przyjaciela w nadziei iż ten do nich wróci niczym super-bohater. Najgorzej jednak było mu powiedzieć Abby. Powrót do bazy, następnie do Stanów były zamazane. Działał jak na autopilocie. Wie, ze wojskowi zabili grupę terrorystów, która ich zaatakowała. Jednakże to nie przywróciło do życia ich Tony’ego. Kiedy wrócił do domu zaszył sie na długie godziny w piwnicy.

** flashback **

- Piękne - przed pogrzebem Franksa Tony odwiedził go w piwnicy i oglądał drewniane ozdoby jakie wykonał by dodać je do trumny - Mogę mieć prośbę?
Gibbs wiedział, że nie spodoba mu się to ale skinął tylko głową.
- Jeśli zginę na służbie przed tobą czy mógłbyś...? - Gibbs nie dał mu skończyć zdania, zdzielił go dłonią w tył głowy.

** koniec flashbacku**

To było jeszcze trudniejsze niż robienie tych rzeźb na trumnę Franksa. Teraz Gibbs robił je na trumnę własnego dziecka. Zmarnował kilka dłut i kawałków drewna ale zdążył na czas. Wszystkim się spodobały. Ducky wykonał idealną robotę retuszując czerwone rany na twarzy DiNozzo. Gibbs bał sie, że doktor nie da rady przeprowadzić autopsji, że będzie zmuszony oddać ciało Tony’ego w ręce kogoś innego, ale Ducky kazał mu nawet tak nie myśleć. Oznajmił, że nie pozwoli obcym tknąć ciała ich chłopca.

Gibbs nie był w stanie wygłosić przemówienia. Zrobił to Dyrektor. 
Gibbs był zaskoczony, że aż tyle osób przybyło na pogrzeb. Agenci NCIS i FBI, policjanci z miast i wydziałów, w których Tony pracował. Rodzina Tony’ego, przyjaciele, znajomi. Nawet Sekretarz Stanu i Dyrektor David. Gibbs uśmiechnął się. Tony potrafił nieźle zaleźć każdemu za skórę ale wszyscy go szanowali i oddali pośmiertnie należyty honor.

Nagle poczuł wzrok na sobie. Odwrócił głowę i zobaczył przy drodze samochód i jego ludzi stojących i czekających. Reszta rodziny na niego czekała. Musi sie nimi zająć. Musi zrobić to dla Tony’ego.
- Do zobaczenia - rzucił Gibbs a kącik jego ust drgnął w nikłym uśmiechu. Nie powie ‘żegnaj’, bo niebawem i tak sie zobaczą.      

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Rozdział 6

an: powracamy do Sfory Gibbsa jak obiecałam. Alexandretta - udzieliło mi się przez Ciebie!


**Chandni**





Agent G Callen postanowił podczas swojego długo oczekiwanego urlopu odwiedzić swojego przyjaciela i Alfę w DC, a zarazem chciał poznać nowego członka stada. Z torbą przerzuconą przez ramię wysiadł z taksówki i podszedł do drzwi wejściowych. Wiedział, że Gibbs nigdy nie zamyka drzwi, wiec bez pukania wszedł. Nie spodziewał się jednak, że zostanie już w progu zaatakowany. Agent nie zdołał zareagować, gdy coś pod nogami oplotło mu stopy sznurem i powaliło na ziemię. Runął jak długi na brzuch, czując jak coś próbuje rozszarpać mu nogawkę od spodni. Odwrócił się gwałtownie na plecy, chcąc zauważyć przeciwnika, który znikł mu z pola widzenia. Nie na długo jednak. Coś wskoczyło mu na brzuch powodując iż wyrzucił gwałtownie powietrze z płuc, a następnie jego oprawca zaczaił się na jego twarz. Chwilę później leżał próbując odgarnąć natręta, który lizał mu twarz. Pochwycił małego potwora w ręce i uniósł do góry.
- Szczeniak? - G uśmiechnął sie z niedowierzaniem, że został powalony przez szczeniaka - Auć! – zawył, gdy maluch bojowo ugryzł go w palca.
- Co mówiłem o gryzieniu swoich - Callen usłyszał nad sobą głos Gibbsa. Niby srogi a jednak było można wyczuć nutę rozbawienia w jego głosie. Maluch wyswobodził się z jego rąk, zeskoczył na podłogę i z łobuzerskim spojrzeniem podszedł  do Gibbsa. Stanął przed nim, odwrócił sie przodem do Callena, uniósł dumnie łepek i szczęknął.
- Bojowy jak na malucha - G próbował rozplątać się ze sznurów, gdy uderzyła go czerwona piłeczka.
- Radzę go nie denerwować - ostrzegł Gibbs, kierując sie do kuchni. Oprawca G też zniknął, co Callen wykorzystał by w końcu podnieść sie z podłogi.
Po chwili do salonu wszedł młody mężczyzna z zawadiackim uśmiechem.
- Do ciebie należy ten... nie żartujcie sobie! - G zrozumiał szybko, że nowy agent Gibbsa w swojej drugiej formie był szczeniakiem. Nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Gibbsowi potrzebny był agent, który wspierałby go w obu formach. A tu, DiNozzo w swojej drugiej formie był szczeniakiem. Zatem Gibbs nie będzie mógł liczyć na jego wsparcie. I to właśnie próbował G powiedzieć, gdy obaj z Gibbsem zostali sami w piwnicy.
- Jak on ma ubezpieczać cie w tej drugiej formie jeśli zajdzie taka potrzeba? - zapytał przypatrując się jak Gibbs pracuje przy swojej łodzi.
- Decyzja już zapadła - odparł krótko Gibbs.
- Nabijaliśmy się ze Stanem ale wiem, że jeśli się dowie to też nie będzie podzielał twojej decyzji. Gibbs... wyrzuć go zanim komuś stanie sie krzywda - próbował przetłumaczyć sprawę G. Przecież jak tylko przestępcy zobaczą takiego szczeniaka to...
- Niedoceniasz go, a przecież bez problemu rozłożył cię na łopatki - rzucił Gibbs nie odrywając się od pracy.
- To, co innego - burknął G, który nie mógł przeboleć faktu, że taki szczeniak bez problemu powalił go sprytem nie siłą - Potrzebujesz silnej Bety, Gibbs. Kogoś kto cię wesprze, a ten szczeniak sie do tego nie nadaje. Jeśli zajdzie potrzeba walki w postaci zwierzęcej to jak myślisz, co się stanie?

Gibbs wiedział, że G ma racje, to samo mówiła mu Kate, gdy tylko dowiedziała się. Przez tydzień też nie dawała spokoju Dinozzo i wyśmiewała go. Dzieciak nie potrzebował słuchać takich rzeczy od nowych członków rodziny i Gibbs sie cieszył, że DiNozzo spędzał ten wieczór z Abby. Jednakże Gibbs już podjął decyzję. DiNozzo sprawdził się jako agent i już miał miejsce w zespole. Co do drugiej jego formy... Gibbs nie zamierzał nikomu tłumaczyć swoich decyzji.

****
Przez trzy dni Callen non-stop obserwował bacznie DiNozzo. Wciąż był sceptyczny i dogryzał młodemu na każdym kroku. O dziwo dzieciak nie pozostawał mu dłużny. Potrafił znaleźć jego słaby punkt i celnie go wykorzystać.

****
Piątego dnia, wieczorem G wraz z Tonym wracali od Abby. Obaj wypili po piwie, wiec postanowili wrócić na piechotę. Wieczór był ciepły i przyjemny. Weszli do zaułka, gdy nagle zobaczyli jak pięciu napakowanych dryblasów napastowało dwie młode dziewczyny. G nie zastanawiał się długo, od razu przemienił się w czarnego doga niemieckiego i rzucił się na oprawców. Młodym dziewczynom udało się uwolnić i uciec. G zauważył, że Tony zniknął. Genialnie, przemknęło mu przez myśl, tak jak myślałem!  

Wtem jeden z napastników nagle runął na ziemię ze splątanymi nogami, a następnie spadł na niego blaszany kubeł na śmieci. Callen uśmiechnął się lekko. Dzieciak go nie zostawił, zatem G zajął sie innymi napastnikami. Kątem oka zauważył jak jeden z napastników zamienia sie w ciężkiego bull terriera i wskakuje do dużego plastikowego kontenera na śmieci za szczeniakiem. Malec wydrapał się z kontenera i zanim bull terrier zdołał się wygramolić, szczeniak zamknął wieko od śmietnika. G nie mógł powstrzymać śmiechu. Malec radził sobie doskonale, aż do momentu. Nagle do uszu Callena doleciało głośne, bolesne skomlecie. Zdołał sie obrócić by zobaczyć jak potężny bokser trzyma w kłach szczeniaka a następnie rzuca nim o ścianę. Malec wydał cichsze skomlecie i wpadł w szmaty leżące na ziemi. Callen rzucił sie do ataku. Nikt nie będzie ranił JEGO szczeniaka! Wbił kły w szyje boksera i powalił go na ziemię. Przeciągnął go po zimnym betonie i rzucił z całej siły o ścianę. Następnie szybko podbiegł do ledwo widocznej kulki, czując jak serce mu zamiera. W nikłym świetle starej latarni dostrzegł krew na futrze malucha,
która zaczynała przesiąkać przez materiał. Callen wiedział, że musi działać teraz szybko. Przybrał swoją postać ludzką, naciągnął na siebie ubranie i chwycił za telefon. Po krótkiej chwili rozłączył się z dyspozytorka pogotowia, chwycił za kawałek jakiejś szmaty, która leżała nieopodal i najdelikatniej jak
mógł zaczął sprawdzać obrażenia malucha. Szczeniak spadł na szmaty, w których potłuczone było szkło, które wbiło się podczas upadku w ciało malca. Szczeniak oddychał szybko, za szybko jak dla G i jęczał cicho. Callen spojrzał na brzuch, skąd wydobywało się więcej krwi. Zwinął materiał i przycisnął maluchowi do rany. Po zaułku rozniosło się przeraźliwe jęknięcie i skomlecie.
 - Trzymaj się Szczeniaku, pomoc w drodze – G starał się mówić łagodnie i druga, wolną ręką gładzic malucha po łepku – Tony, wiem, że boli ale potrzebuje byś wrócił do swojej ludzkiej postaci. 
Malec drżał pod rękoma G. Agent zaczynał się obawiać, że Dinozzo nie będzie w stanie tego zrobić bo jest nieprzytomny. Ostatkiem sił jednak Tony przemienił się. Sygnał karetki głośno zawył i G zobaczył jak ambulans wjeżdża w zaułek.
 - Kawaleria przybyła – powiedział i odwrócił się w momencie, gdy DiNozzo przestał oddychać.   

piątek, 1 czerwca 2012

Płacz


a/n: Nie, nie zapomniałam o Sforze Gibbsa ale nie chce byście zapomniały o mnie zatem daje Wam one-shota. Opowiadanie z tegorocznego 12 Fikatonu. Jak zwykle ukazane są relacje Tony/Gibbs :)


**Chandni**




Na dworze zaczynało już szarzeć. Powoli wstawał nowy dzień, budząc zaspane, jesienne DC do życia. Żółty Dodge Challenger Hemi z '71-go podjechał na podjazd jednego z domów. Z auta wysiadło dwóch mężczyzn. Srebrnowłosy kierowca i jego towarzysz o brązowych włosach. Obaj już dawno przekroczyli pięćdziesiątkę, lecz ich postury wciąż były krzepkie i wyrażały pełną gotowość do ewentualnego działania. Agent Specjalny Leroy Jethro Gibbs rozejrzał się po pogrążonej we śnie okolicy i wyciągnął torbę z tylnego siedzenia. Jego kompan, były agent Mike Franks, właśnie szybko wypalał długo upragnionego papierosa. Znał zasady. Gibbs nie pozwalał mu palić w swoim domu. 


Gibbs tylko przewrócił oczyma. Był zmęczony, głodny i bez kawy, co w jego przypadku nie wróżyło niczego dobrego. Miał jednak nadzieję na odrobinę odpoczynku, nim stawi czoła swojemu zespołowi, który przez lata nauczył się wyrażać swoje opinie na temat jego niespodziewanych zniknięć - zwłaszcza jego SFA. Na kilka dni musiał zostawić swój zespół, by - jak zwykle - ratować tyłek Franksa w Los Angeles - w mieście, gdzie zginęła Jenny. Na szczęście mógł liczyć na pomoc Sama Hanny i G. Callena z OSP. Nie chciał mieszać w tę sytuację swojego zespołu. Zwłaszcza, że McGee niedawno wrócił do pracy po tym, jak złamał nogę podczas ścigania napastnika. A kilka godzin później DiNozzo i Ziva omal nie wylecieli w powietrze, gdy eksplodował dom podejrzanego, pozostawiając jego agentów oszołomionych i z problemami ze słuchem. 
Wszedł do ciemnego domu i już chciał zaświecić światło, gdy dotarł do niego szloch. Spojrzał na Mike'a, który wyciągnął swoją broń. Ostrożnie włączył światło i jego oczom ukazał się dziwny widok. Anthony DiNozzo, jego SFA, siedział na jego kanapie z głową schowaną między ramionami i z kolanami przyciągniętymi do piersi.


I SZLOCHAŁ!
Szlochał jak dziecko!
Gibbs przez chwilę stał zastanawiając się nad tym, co się dzieje. NIGDY nie widział DiNozzo płaczącego.
 - Hej - rzekł, starając się by jego głos brzmiał naturalnie jak na niego przystało, a kiedy nie dostał odpowiedzi nieco mocniej zawołał - DiNozzo! - jednak i to nie przyniosło rezultatu, jakby DiNozzo był w jakimś transie.
Gibbs westchnął ciężko, spojrzał na Franksa i podszedł bliżej swojego agenta. Po drodze z ręki wypadła mu na podłogę torba robiąc ciche 'bum'.
 - Hej, co jest? - zapytał. Dopiero teraz dostrzegł, iż DiNozzo drży, jakby w pomieszczeniu było przeraźliwie zimno lub jakby bał się, że go uderzy bądź skrzywdzi za samo przebywanie w domu Gibbsa, podczas jego nieobecności. 
 - Zadzwonię po Ducky'ego - zaproponował Mike sięgając po telefon.
 Gibbs usiadł obok Tony'ego i położył dłoń na jego ramieniu. Nie spodziewał się reakcji jaką otrzymał od DiNozzo. Agent najpierw podskoczył jak wystraszone zwierzątko, po czym rzucił się na jego kolana i szepcząc - niczym zbawienną mantrę - 'Przepraszam' -  wtulił się do jego ud. Gibbs zareagował odruchowo. Coś było nie tak z jego agentem i do czasu przyjazdu Ducky'ego musi go uspokoić. Położył zatem dłonie na jego barkach i jak małe dziecko podniósł i przytulił do piersi. Tony jeszcze mocniej zapłakał, nie potrafiąc złapać oddechu.
 - Ciii.... ciiii.... hej... już dobrze.... cicho.... hej... - starał się mówić łagodnie i ciepło. Tony wstrzymał oddech i skurczył się tak, iż Gibbs zastanawiał się czy aby na pewno mężczyzna postury DiNozzo jest w stanie aż tak się skulić. 
 - Ciii... oddychaj Tony, oddychaj - chociaż powiedział to spokojnym głosem, było w jego tonie czuć rozkaz. Przypomniał sobie, jak Kelly przychodziła do niego i wtulała się mniej więcej tak jak DiNozzo teraz. Lubił trzymać ją w ramionach i gładzić miękkie i tak słodko pachnące włoski. Nucił wtedy jej ulubioną kołysankę. Wziął głęboki oddech, spojrzał na swojego agenta, który tulił się do niego, jakby to właśnie w jego dłoniach leżało życie Tony'ego, i zaczął delikatnie gładzic go po włosach. Nie wiedział, kiedy zaczął nucić kołysankę Kelly.  


Niespełna dziesięć minut później w jego domu pojawił się Ducky.
 - Kochany chłopcze - westchnął doktor, podchodząc do siedzących na kanapie agentów.
 - Chyba drzemie - oznajmił Gibbs, a w jego głosie czuć było niepokój i gniew. Gniew na siebie samego, bo nie było go, kiedy jego ludzie go potrzebowali. 
 - Jesteś teraz, Jethro - przemówił łagodnie doktor biorąc nadgarstek Tony'ego i sprawdzając puls. Następnie wyciągnął ze swojej walizeczki latarkę przypominającą wyglądem długopis i ostrożnie poświecił DiNozzo w oczy.
 - Tak jak przypuszczałem - westchnął ciężko. - Nasz drogi chłopiec jest pod wpływem narkotyku.
 - To coś poważnego? - odezwał się z kuchni Mike.
 - Biedny kapitan Garcia zmarł z tego powodu - gdy doktor wypowiedział te słowa, Gibbs szybko spojrzał na niego i chciał coś powiedzieć, lecz starszy mężczyzna uciszył go gestem dłoni. - Ten narkotyk budzi w człowieku uśpione dziecko i jego lęki. Nie ma jeszcze nazwy, bo jest w fazie testów, a nie będę was zamęczał składem, chociaż bym bardzo chciał. - Ducky lekko się uśmiechnął. - Mniejsza z tym. Wszystkie negatywne wspomnienia z dzieciństwa i z ostatnich lat urosną do rangi katastrofy w oczach osoby pod jego wpływem.
 - Co mam robić, Duck?
 - To, co właśnie robisz. Bądź po prostu przy nim i okaż miłość i troskę.
 - Nie można mu czegoś podać? - zapytał Franks.
 - Na narkotyk nie ma złotego środka. Trzeba czekać, aż zostanie wydalony przez organizm. Mogę jedynie podać Anthony'emu płyny uzupełniające utratę minerałów i witamin, ale nie sądzę aby był to teraz to dobry pomysł - obwieścił doktor.
'Dżuma' bezgłośnie powiedział Gibbs a Ducky przytaknął.


**


Tony leżał na kolanach Gibbsa jak zbite zwierzę, jęcząc i błagając o litość i miłosierdzie. Jego umysł wracał do bolesnych wspomnień i przeżyć. Do alkoholizmu matki, do jej śmierci gdy miał zaledwie osiem lat. Wracał do chwil spędzonych z ojcem, który go musztrował i karał za każdy drobiazg. Wracał do lat, gdy ojciec wyrzekł się go. Senior zachowywał się jakby jego syn w ogóle nie istniał, jakby Tony zmarł wraz z matką. Następnie bolesne wspomnienia szkół z internatem, szkoły wojskowe, gdzie nikogo nie obchodziło, że potrzebował czułości i zrozumienia. Do lat walki o własne 'JA', oraz wypracowanie publicznego 'JA' - tego na pokaz. Do lat, gdy nikomu nie pozwalał się do siebie za bardzo zbliżyć, ukrywając prawdziwego siebie. Następnie do lat, kiedy został policjantem i wstąpił do NCIS. Wracał do momentów, gdzie otarł się o śmiertelne niebezpieczeństwo, o rany, o stratę osób, o które nauczył się troszczyć. Dżuma, śmierć Kate, śmierć Pauli, wypadek i odejście Gibbsa. Zastanawiał się, dlaczego właściwie wciąż był wśród żywych? Nie nadawał się do niczego, zawsze musiał coś spartaczyć i tak jak ojciec mu powtarzał - skończy w kanałach i nikt go nie będzie szukał.    


Jednak silne ramiona jego Szefa mówiły mu coś innego. Mówiły mu, że jednak jest ktoś, kto się o niego troszczy. A może to tylko halucynacja? Może Gibbsa tak na prawdę tu nie ma? 
Nikomu i tak nie zrobi różnicy fakt czy będzie żył czy umrze. A potwór w jego głowie mówił mu, że ból jest jedynym, na co zasługuje. Zasługuje, by być poniżonym, wyśmianym, zdeptanym, zmieszanym z błotem. Powinien być chłopcem do bicia Gibbsa. Kate zawsze była lepsza i mądrzejsza od niego. Ochraniała przecież samego Prezydenta. McGee był po najlepszej szkole informatycznej. Potrafił bez problemu włamać się do bazy FBI i nie zostać przyłapanym. Ziva była szkolona przez Mossad, znała osiem języków.
A co on, Tony DiNozzo, miał do zaoferowania?
Nic, zero, nul, nada!
Wiec dlaczego te silne ramiona kołyszą go i silny głos łagodnie śpiewa dziecięcą piosenkę?
Na moment usnął z ulgą, bo jego wewnętrzny potwór również poszedł spać. Na chwilę...


**


Tony obudził się, myśląc, że narkotyk w końcu przestał działać w jego organizmie. Było mu dobrze tak dryfować między jawą a snem. Jak długo tak dryfował nie wiedział i tak po prawdzie to w chwili obecnej go nie obchodziło. Lecz, gdy tylko wypłynął na pełną świadomość i otworzył oczy, wszystko wróciło ze zdwojoną siłą. W pokoju było ciemno i cicho. Zamknął szybko oczy i zacisnął pięści na kanapie, próbując odegnać te potworne myśli. 
 - To narkotyk, to narkotyk, to narkotyk - wmawiał sobie. Czuł jak olbrzymi potwór w jego ciele i umyśle kaze mu zadać sobie ból, wmawiając mu, że pragnie i zasługuje tylko na ból. 
 - Nie, nie... nie... - mamrotał jak w gorączce. Przycisnął pięści do zamkniętych oczu i skulił się na kanapie. Gibbs jest gdzieś w domu, zaraz przyjdzie i wszystko będzie dobrze. 
Nie, głupcze! Gibbs cię zostawił, tak jak wszyscy! Dlaczego miałby się troszczyć o taki roztrzęsiony kawał gówna jakim jesteś?! Zasługujesz tylko na ból! 
Powtarzał głos w jego umyśle. 
 - NIE! - zawył z bólu i rozpaczy. Chciał by ten potwór odszedł, zostawił go. Był już na krawędzi i wiedział, że lada chwila a...
Nie zdołał dokończyć myśli. Silne ramiona chwyciły go.
 - HEJ! - Gibbs potrząsnął nim jakby chciał zbudzić go z letargu, po czym przyciągnął do siebie i przytulił tak mocno, jakby chciał schować DiNozzo przed całym światem w swoich ojcowskich ramionach. 
 - Nie mogę, Gibbs... - szepnął drżącym głosem pełnym bólu i rozpaczy. - Muszę...
 - Co? - zapytał Gibbs.
 - Boli - jęknął DiNozzo, czując jak łzy zaczynają spływać po jego policzkach. 
 - Wiem - Gibbs westchnął ciężko. - Ale jesteś silny i dasz radę - zapewnił, gładząc Tony'ego po włosach. 
 - To jak na serum Salima, tyle, że tu chcesz zadać sobie ból... Gibbs... dłużej nie dam rady...
 - Chcesz bólu? - Gibbs upewnił się i nim Tony zdołał odpowiedzieć, silne pacnięcie w tył głowy spadło natychmiastowo. - To musi na razie wystarczyć.
Tony lekko się uśmiechnął przez łzy.
 - Sądzę, że jednak to nie wystarczy, Szefie - odparł. Był zmęczony walką, ale był świadom tego,  że Gibbs nie pozwoli by zrobił sobie krzywdę.  Może jak go sprowokuje... Kolejne pacniecie spadło równie szybko jak pierwsze.
 - Ani mi się waż - warknął ostrzegawczo Gibbs. - Zamknij oczy i skoncentruj się - rozkazał, a Tony posłusznie wykonał polecenie. Tony wiedział, na czym ma się koncentrować. Jego głowa spoczywała na piersi Gibbsa, zatem w ciszy było słychać jedynie mocne bicie serca starszego mężczyzny. 


**


Może na godzinę lub dwie pomogło. Tony nie był w stanie tego określić. Na dworze wciąż było ciemno. Delikatnie podniósł się i zobaczył śpiącego Gibbsa, ktorego w końcu dopadło zmęczenie. Potwór w umyśle DiNozzo znów ożył i mężczyzna postanowił wykorzystać nieuwagę szefa. Wstał zatem ostrożnie i ruszył w stronę łazienki, wiedząc, że znajdzie tam to, czego potrzebował. 
 - To, że Probie śpi, nie oznacza, że i ja - usłyszał na schodach. Z jego świadomości całkiem wyleciał fakt, iż Franks znajdował się w domu Gibbsa. 
Z nim będzie łatwiej, pomyślał Tony, nie będzie miał oporów. 
 - Wiem o czym myślisz - Mike rzucił ostrzegawczo i stanął za nim.
 - Mike - w głosie Tony'ego było słychać błaganie. Franks nie miał problemów ze zdzieleniem go bronia w tył głowy, wiec dlaczego teraz się opierał?
Nagle w ciało Tony'ego uderzył tak gwałtowny i przeszywający ból, iż agent nie potrafił zapanować nad nieludzkim krzykiem, który wydobył się z jego gardła. 
Świat poczerniał przed oczyma DiNozza, fale bólu wstrząsały jego ciałem równomiernie z falami mdłości. Agonia trwała zaledwie kilka minut, w ciągu których on pragnął tylko błogiego wybawienia. I kiedy to nastąpiło usłyszał nad sobą głos, lecz nie był to głos Boga.
 - Od kiedy to wolisz podłogę od kanapy, DiNozzo? - zażartował Gibbs, lekko uśmiechając się do niego. Tony niepewnie otworzył oczy i z ulgą spojrzał na swojego szefa. Następnie poczuł czyjąś rękę i ktoś zaświecił mu latarką w oczy.
 - Ducky... - Tony próbował odpędzić doktora od siebie. Czuł się jakby przejechał go czołg, a w głowie stado słoni tańczyło salsę. 
 - Już po wszystkim, ale... - oznajmił łagodnie doktor wyciągając szklaną fiolkę ze swojej torby - Pobiorę próbkę do analizy, dla pewności. 
Po chwili cała trójka pomogła Tony'emu spocząć na kanapie. Ducky skinął na nich głową i wyszedł, a za nim Mike tłumacząc, że musi zapalić. 
Po chwili milczenia Tony spojrzał zmieszany na swojego szefa. 
 - Dzięki, za... wiesz... wszystko - uśmiechnął się niezręcznie i niepewnie. Dopiero teraz przypomniał sobie o tajemniczym zniknięciu Gibbsa. - Ale jeśli jeszcze raz znikniesz bez słowa...
Gibbs tylko się uśmiechnął. Oj, tak... teraz jemu się oberwie za złamanie kilku zasad.
Jak dobrze, że wszystko powoli wracało do normy.  

Robaczkosy

 Witajcie kochani po długiej przerwie :) Nie mam pojęcia czy ktoś z Was jeszcze tu zagląda tak z przyzwyczajenia lub zwykłej ciekawości lub ...