czwartek, 16 maja 2013

Tiva cz. 11 cross


A/N: No... praktycznie dobiegliśmy do końca opowiadania. chcecie jakiś epilog Tivowy? Podsumowanie czy coś? Ah, jeszcze niecne plany Tivy względem Nico i Susan >:D Mam nadzieję, że się spodoba :) Czas wrócić do pozostałych fików :/ Wen?! WEN!

** Chandni **



Waszyngton DC


Ziva obserwowała Susan, nie rozumiejąc jej zachowania. Wcale nie opłakiwała śmierci ukochanego, nie załamała się. Wręcz przeciwnie, kobieta wybuchła śmiechem.
 - Susan? – zapytał zdziwiony reakcją Tony, który patrzył na nią z niepokojem.
 - Syriusz powiadomiłby mnie o ich śmierci osobiście, a poza tym pierwsze bym wiedziała czując pustkę tu – tłumacząc położyła dłoń na sercu.
Ziva, Tim i Tony wymienili spojrzenia ze sobą. Carter miała rację, wiec o co chodziło? Co było grane? Ziva nie cierpiała tego jak byli pozostawiani niewiedzy. Na dodatek McGee powiedział, że Gibbs jest z Dyrektorem i Charlisle Carterem w MTAC’ku, co świadczyło tylko o jednym: o jakiejś tajnej operacji i jeśli Ziva miała zgadywać to pewnie zamieszany w to był Icarus.
 - Dywersja? – zapytał Tim robiąc niemądrą minę.
 - To jedyne logiczne wyjaśnienie – westchnął Tony, biorąc Zivę za rękę. Oboje potrzebowali tego kontaktu i bliskości.
 - Ciekawe, co się tam dzieje? – mruknęła Ziva i wyciągnęła komórkę. Nie miała żadnych wiadomości od Ianto od dobrych ośmiu godzin.
 - Nie będziecie miłe i łagodne dla nich? – zapytał nieśmiało McGee.
 - Najpierw zasłużona zrypka a potem przytulimy do piersi – oznajmiła Susan.
 - Oh, tak. Tylko niech wrócą, bo inaczej… - zapowiedziała bojowo Ziva.
 - Kochanie? – Tony aż oddalił się na bezpieczną odległość.
 - No, co? Ianto też nie jest bez winy. Wiem, że chciał zostawić Selene i Jasmine – wyjaśniła David.
 - Nie pomyślałam – Susan zakryła dłonią usta.
 - Na pewno powiedzieli – zapewniła ją Ziva, która jako pierwsza zrozumiała o co jej chodzi – Wicedyrektor nie pozwoliłby na to by Selena nie wiedziała, gdzie i co robi jej ukochany i ojciec jej dziecka.
Ziva jedynie czego chciała teraz to powrotu marnotrawnych mężczyzn i by Nathan z Susan gdzieś wyjechali daleko stąd, gdzie nikt nie zakłuci im spokoju by w końcu mogli odetchnąć i zacząć tak w pełni żyć jako małżeństwo. Bo tak naprawdę ta dwójka nie maiła własnego życia. Ale taki właśnie był koszt tego czym się zajmowali, zarówno oni jak i agenci NCIS i innych agencji.
David usiadła za swoim biurkiem, które już nie długo nie będzie jej. Czuła się nieswojo z tą świadomością, ale wiedziała, że gdy tylko ich synek przyjdzie na świat to wszystko się zmieni.
 - Czy Nate mówi ci wszystko? – zapytała nagle Ziva, a widząc zaskoczona minę Tony’ego, uśmiechnęła się tylko.
 - Jak sama widziałaś to nie – odpowiedziała szczerze Susan – Ale prawie wszystko. Nie ukrywa faktu jeśli coś nam grozi. Wie lepiej by tego nie robić. Ale chyba nie wie, że wiem o propozycji jednego z jego braci – Susan lekko się uśmiechnęła.
 - Znaczy? – dopytywała.
 - Darren jest zakonnikiem… - szepnęła Carter i mrugnęła do Zivy.
 - Wybacz – wtrącił się do rozmowy DiNozzo – Ale jakoś nie umiem wyobrazić sobie twojego męża jako zakonnika.
 - W tym sęk, że ja tak – uśmiechnęła się tajemniczo Susan.
 - Darren to ten, który nauczył go sztuk walki – przypomniała Ziva i uśmiechnęła się.
 - Wojownik ninja w habicie – Tony zmarszczył brwi próbując wyobrazić sobie tę scenę – Nie… nie… Mistrz Shaolin? Hymn… Amerykańska Ninja lub Legendy Kung-fu. Dobre filmy, polecam – uśmiechnął się do nich.
 - Tony! – skarciła go Ziva, jak małe nieznośne dziecko. W co ona się wpakowała?! Pod jednym dachem z DiNozzo! Jeśli w pierwszym miesiącu nie pozabijają się to będzie dobrze. Ale nie żałowała swojej decyzji. Tony potrafił być upierdliwy i dziecinny ale za razem czuły, poważny i opiekuńczy. Kogoś właśnie takiego potrzebowała u swojego boku. Kogoś kto przede wszystkim jest jej przyjacielem i kochankiem. I przy kim może być sobą – zwykłą, zagubioną nieraz Zivą z całymi swoimi dziwactwami i słabościami.


Damaszek – siedem godzin wcześniej


Weszli do hangaru i od razu zostali otoczeni przez innych ludzi. Shardiff zauważył snajpera na wysokiej pozycji przy suficie oraz kilka czerwonych promieni laserowych wycelowanych w osoby, które ich przetrzymywały. Bricker obróciła się na pięcie w stronę jego i Nico. Ianto szybko wyswobodził się nokautując dwóch osiłków z zamiarem udzielenia pomocy Nathanowi. Jednak jak się okazało nie musiał bowiem jeden z napastników puścił Cartera i znokautował drugiego.
 - Co…? – dukneła Bricker, rozglądając się po pomieszczeniu i widząc oficerów Mossadu, FBI oraz CIA.
Nathan podszedł chwiejnie do niej kręcąc z dezaprobatą głowa. Zatrzymał się i lekko syknął.
 - Nastazjo, Nastazjo – westchnął, a na jego twarzy tańczył przebiegły uśmieszek wyższości – Naprawdę myślałaś, że uda ci się mnie przechytrzyć? – zapytał patrząc prosto w jej przerażone oczy – Podmienione wyniki badań, nieudana akcja w Sudanie, nagonka DoD i IA – ciągnął niebezpiecznym tonem głosu. Był od niej wyższy o dziesięć centymetrów, zatem lekko się nachylił i powiedział – Teraz już wiesz dlaczego nikt nie ma prawa poznać listy współpracowników – zakpił.

Shardiff był pełen podziwu. Nathan należał do cholernie przebiegłych ludzi, mających swoich ludzi i wpływy wszędzie. Bricker przeceniła swoje możliwości. Myślała, że wykorzysta chwilowy kryzys w życiu Cartera, który straci czujność. Ale popełniła błąd. Przede wszystkim nie miała pojęcia z kim zadarła.
 - Wiedzieliśmy o spisku od samego początku, ale trochę zajęło nam dotarcie do ciebie i kilku innych twoich znajomych – oznajmił Nathan i skinął głową na dwóch agentów – Zabierzcie ją – polecił i gdy tylko agenci oddalili się wraz z nią, zawołał na Shardiffa – Shar… - nie zdołał dokończyć, lecz na szczęście agent zareagował natychmiast i już po chwili chwycił w sile ramiona nieprzytomnego Cartera.
 - Co ja mówiłem o worku kartofli? – westchnął Barrowman.


Waszyngton DC – cztery godziny później


Czas wlókł się okropnie. Powinni rozjechać się do domu, ale nie potrafili. Poszli razem na obiad, lecz i on im nie wchodził. Czekanie na prywatny samolot, który miał niebawem wylądować było niemiłosierne.
 - Pozwolę ci go wyściskać, potem sama go wyściskam a potem przełożymy przez kolano – oznajmił Abby podskakując w miejscu nerwowo w przestrzeni biurowej agentów. Za oknem było już ciemno, ale nikt nie miał zamiaru ruszyć się. Susan uśmiechnęła się szczerze i przytuliła Abby.
 - Trzymam cie za słowo – powiedziała, chociaż dobrze wiedziała, że gdy Abby tylko ujrzy jej męża od razu będzie chciała go niańczyć. A nie chciała nawet myśleć jak by Gotka zareagowała na wieść kim tak naprawdę jest jej mąż. Tony i Ziva również tego nie wiedzieli i chyba tak było bezpieczniej dla nich. Selena z mała Jasmine również przyszła, tak iż teraz na piętrze panowała iście rodzinna atmosfera, jakby nastały święta.
 - Święta mamy? – zapytał Gibbsa dyrektor Vance. Gibbs tylko uśmiechnął się nieznacznie.
 - Rodzina nam się powiększyła – stwierdził krótko.
Nagle winda wydała z siebie typowy dźwięk i otworzyła drzwi wypuszczając ze swych wietrzy upragnione przez zebranych osoby. Ianto i Nathan szli w towarzystwie Syriusza i Carlisle.

Ziva chwyciła mocno Tony’ego za rękę obserwując Susan i Nathana, którzy padli sobie w objęcia.
 - Jak w romansie ze szczęśliwym zakończeniem – szepnął Tony, ściskając nieznacznie jej dłoń. Ziva wyciągnęła szybko chusteczkę i otarła łzy.
 - Nigdy więcej nie waż mi się tego robić – powiedziała stanowczo Susan. Nathan tylko mocniej ją przytulił.
 - Wróciłem kochanie, wróciłem – szeptał.
Rzeczywiście obaj mężczyźni nosili ślady walki, ale najwyraźniej walka tylko pomogła oczyścić im emocje. Ziva musiała przyznać, że Nathan wyglądał jak siedem nieszczęść i nim się dopadną do niego, to najpierw doprowadzą go do stanu ‘sprzed’.
Po chwili Nathan podszedł do Zivy i Tony’ego. Zivę ucałował w policzek i lekko przytulił, a z Tonym wymienili szybkie uściski.
 - Dziękuję wam oboje – powiedział. A kiedy tylko obrócił się lekko, został zaatakowany przez Abby, tak iż Tony i Ziva musieli ich przytrzymać.
 - Abby, miażdżysz go – zwrócił uwagę przyjaciółce Tony.
 - Ciocia Abby się zajmie maleństwem, co nie oznacza, że maleństwo nie oberwie za to, co zrobiło – oznajmiła stanowczo Abby puszczając go z objęć i dając lekkiego kuksańca w ramię.
 - Wszyscy ucieszeni? To zbierać się do domu – rozkazał Gibbs – Wy troje ze mną – oznajmił, wskazując na Susan, Syriusza i Nathana.
 - Yay! Tatko Gibbs się wami zajmie – klasnęła w dłonie podekscytowana Abby.
 - Jutro też dzień i można się spotkać – zauważył dobrze Carter. Nathan spojrzał na Ianto przytulającego Selenę i córkę. Nie tylko dla niego owocny okazał się ten wypad. Mężczyźni wymienili szybkie, porozumiewawcze spojrzenia.
 - Jeszcze tu jesteście?! – zagrzmiał srogi głos Gibbsa, a wszyscy tylko parsknęli śmiechem.

Rodzina, to nie tylko więzy krwi. Ziva powiedziałaby, że teraz dopiero poznała prawdziwe znaczenie słowa ‘rodzina’ przez duże ‘R’.       




       

poniedziałek, 13 maja 2013

Tiva cz. 10 cross

A/N: Początkowo miało być to tylko 3 rozdziałowe a jak się nam rozrosło :P I to jeszcze nie koniec ;) Alexandretto oczyma wyobraźni już widzę jak nasyłasz na mnie Olgę i Alex :D Mam nadzieję, że się spodoba :)

** Chandni **




Waszyngton DC


 „Już po wszystkim, udało się, wracamy.”           

Zivie niezmiernie ulżyło, gdy przeczytała tego sms’a i od razu podzieliła się radosną nowiną z Tony’m i Susan. Byli właśnie oglądać,  ostatni na dziś, dom. David widziała uśmiech i łzy radości u Susan.
 - Weźmy go – zaanonsował Tony, gdy stali w dużym salonie – Przyciąga dobre wieści – oznajmił. Ziva rozejrzała się. Miał wszystko to, czego oczekiwała od domu. Odpowiednia ilość pokoi, gabinet, dwie łazienki, strych i piwnicę, garaż na dwa samochody, piękny duży taras, ogród. Dom znajdował się też w dobrej dzielnicy i na dodatek był zaledwie pół godziny od Navy Yardu. W pobliżu było przedszkole, szkoła, szpital też nie daleko. Wszystko co potrzeba było pod ręką.
 - Jak szybko możemy załatwić formalności? – Ziva zwróciła się z zapytaniem do agentki nieruchomości, która z nimi była.

Po dwóch godzinach byli praktycznie po wszystkim. Po drodze wstąpili do sklepu po szampana by świętować zakup domu i powrót Ianto i Nathana. Ich radość jednak została przerwana wiadomością od McGee o treści:

Przyjedzcie szybko do N-Yardu.”  

***

 - Tim, co się dzieje? – zrzuciła zdenerwowana Ziva, gdy w czwórkę wyszli z windy. Ochroniarz Susan stanął przy dużym oknie, bacznie obserwując sytuację. Tim stał z posępnym wyrazem twarzy, zarezerwowanym jedynie na sytuacje typu wybuch w Navy Yardzie lub śmierć kogoś bliskiego.
 - McGee! Wykrztuś to zanim te dwie panie stracą całkiem cierpliwość – ponaglił kolegę Tony.
Tim niepewnie spoglądał na nich i nerwowo obracał w dłoniach pilot od plazmy, co bardzo nie podobało się Zivie.
Nie wróży to niczym dobrym, pomyślała David.
 - Nasz wojskowy samolot sześć godzin temu został zestrzelony zaraz po wzbiciu się w powietrze w bazie w Damaszku – zaczął Tim, pokazując nagranie jakie zostało puszczone we wszystkich stacjach telewizyjnych – Dostałem potwierdzenie, że nikt nie przeżył.
 - McGee – warknął na kolegę Tony, widząc jak Ziva i Susan bladną.
 - Po skontaktowaniu się z bazą dostałem potwierdzenie, że na pokładzie byli Ianto Barrowman i Nathan Carter – wyjaśnił McGee i ze współczuciem spojrzał na Susan – Bardzo mi przykro…


Damaszek – siedem godzin wcześniej   


- Oho, królewicz się budzi – rzucił sarkastycznie Shardiff, widząc jak Nathan przeciera oczy i lekko się krzywi – Witaj ponownie w świecie żywych, ale myślałem, że dłużej będziesz nieprzytomny.
 - Mhym… - padła zaspana odpowiedź – Gdzie…?
 - Samochód, droga na lotnisko wojskowe – wyjaśnił Shardiff – Jak się czujesz?
 - Czołówka z tirem, poprawione zderzeniem z czołgiem i zwalcowane walcem – odparł Nathan, poprawiając się na siedzeniu pasażerskim.
 - Sama przyjemność – sarknął Shardiff, podając mu butelkę z wodą.
 - Ciebie tez tir przejechał, jak widzę – zauważył Nathan, lekko marszcząc brwi.
 - Um… ile pamiętasz z tego wszystkiego? – Shardiff lekko się skrzywił. Nie pomyślał, że Nathan może nie pamiętać tego co robił i jak się zachowywał. W takim ataku furii, w jakim był…
 - Nie musisz się obchodzić ze mną jak z jajkiem – zapewnił go Carter – To ja ci przyłożyłem. Dałem upust wszystkim moim emocjom – przyznał po chwili.
 - Pomogło? – zapytał, bo chciał wiedzieć, czy jest lepiej.
 Nathan przez chwilę milczał. Siedział z zamkniętymi powiekami i koncentrował się na oddechu. Na jego wciąż bladej twarzy pojawiały się siniaki. Po chwili jego twarz rozjaśnił uśmiech.
 - Zdecydowanie lepiej – odparł otwierając oczy i spoglądając na Shardiffa. Ianto wiedział, że nie kłamie. Jego oczy były spokojniejsze.
 - Gdzie się tak nauczyłeś bić? – zapytał zaciekawiony.
 - Jeśli ci powiem to…
 - Będziesz zmuszony mnie zabić?
 - Nie, od tego mam ludzi – Nathan wyszczerzył się w uśmiechu – A tak serio, to chłopaki mnie szkolili. Darren jest świetny w różnych  stylach sztuk walk. Trening wzmacnia ciało ale i też hartuje ducha.
 - Tu się z tobą zgodzę w stu procentach – przytaknął Barrowman – Jeszcze raz odwalisz to, co teraz odwaliłeś, a dopadnę cię i… - rzucił srogo i karcąco.
 - I kto to mówi – odciął się Nathan.
 - To taki film – sarknął Ianto – Dobrze, bo nie podobało mi się twoje zachowanie wątpiącego w wierze.
 - No popatrz, mi też – rzucił cynicznie Nathan, przecierając zmęczone oczy.
 - Cholernie ci odbiło – zauważył Shardiff – Ale domyślam się, że leki, rozmowy z psychiatrą i tak dalej nie pomogły?
 - Nie, a jeszcze sprawa z DoD, IA oraz… oraz Jake – przytaknął Nathan i ściszył głos. Teraz powinien wrócić do żony i bliskich, przeprosić i uczestniczyć w pogrzebie przyjaciela.
 - Bolą? – zapytał nagle Shardiff. Pytał jednocześnie o blizny na ciele jak i na duszy. Te na duszy właśnie dały upust sobie, a te na ciele?
 - Kiedy idzie nagły i silny front atmosferyczny to rwą, ale nie wszystkie, tylko te zrobione hakiem i wiertłem dentystycznym oraz udo, ale ono częściej, bo tu Jugodin się nie szczypał i po prostu wbił cały sztylet – oznajmił Nathan i lekko się skrzywił na wspomnienie, lecz Shardiff zauważył, że nie sprawia już mu trudności wymówienie nazwiska swojego oprawcy.
 - Jak tam z przebaczeniem? – zapytał go nagle Nathan. Ianto nie spodziewał się, że będzie to pamiętał.      
 - Dochodzę do tego momentu powoli – oznajmił Shardiff, lekko się uśmiechając.
 - Będą porządnie wkurzone – oznajmił Nathan, ziewając i pozwalając by ociężałe powieki zamknęły się.
 - Oj, będą, będą – przytaknął Ianto i pacnął go lekko w policzek – Ej, pozwoliłem spać?
 - Zmęczony – wymamrotał Nathan, ostatkiem sił otwierając oczy.
 - Wiem, ale nie mam zamiaru wnosić cię na pokład samolotu jak worka kartofli – zaznaczył ostro – Już jesteśmy na miejscu – dodał wjeżdżając przez bramę.
 - Jedź do hangarów – polecił strażnik. Shardiff przytaknął. Coś mu jednak nie pasowało, nie wiedział tylko co.
 - W schowku jest dodatkowa broń – oznajmił – Dasz radę?
Nathan zmarszczył brwi, lecz instynktownie chwycił za broń i przeładował ją.
 - Już się obudziłem – odparł lekko ochrypniętym głosem. Ianto wiedział, że dzieciak już funkcjonował na końcówce z rezerwy energii jaką posiadał i lada chwila a po prostu padnie niczym odłączony z Matrixa. Kiedy podjechali pod hangar rozejrzeli się dookoła, ale nie mieli czasu na reakcję, bo uzbrojeni ludzie otoczyli ich wóz. Na czele stała agentka DoD Nastazja Bricker – pieszczotliwie zwana Terminatorem - z perfidnym uśmieszkiem na swojej piegowatej twarzy. Jej rude włosy były związane w kok, a na sobie miała idealnie skrojony grafitowy kostium.
 - Wysiadka, panowie – rzuciła pogardliwie – Ułatwiliście nam tylko zadanie by do was się dobrać z dala od całej ochrony wszystkich agencji – kpiący i pogardliwy uśmieszek nie schodził z jej twarzy. Shardiff rzucił szybkie spojrzenie Nathan’owi, którego twarz przybrała gniewne rysy, a oczy spochmurniały. Lecz jego kącik warg zadrgał lekko w dziwnym uśmieszku. Obaj zdawali sobie sprawę, że są na przegranej pozycji w otwartym starciu; dziesięciu na dwóch nie wróżyło dobrze, zwłaszcza, że byli już poobijani i mocno zmęczeni. Zatem posłusznie wysiedli z samochodu.
  - Oto idealne obiekty przyszłych moich eksperymentów - Bricker oznajmiła dumnie i triumfalnie - Brać ich – rozkazała władczo.
 Najwyraźniej cała sytuacja sprawiała jej satysfakcję. Kobieta podeszła do Nathana, którego za ramiona trzymało dwóch ludzi. Shardiffowi nie podobało się to, w jaki sposób na niego patrzyła. Bricker patrzyła na Cartera jak wygłodniały kot na kanarka; jak na swą drogocenną zdobycz. Podeszła, wyciągnęła dłoń i położyła ją przy skroni Cartera.
 - Nawet nie wiesz jak długo czekałam na tę chwilę by móc zajrzeć do twojego umysłu, a teraz nic mi nie stanie na przeszkodzie by tego dokonać – z tymi słowami przyciągnęła głowę Cartera do siebie i złożyła pocałunek na jego czole. Shardiff szarpnął się niebezpiecznie, lecz dwóch osiłków mocno trzymało go w ryzach.
 - Zabieraj szmato od niego swe brudne łapska – warknął gardłowo. Nastazja tylko pogardliwie prychnęła i dała znać swym ludziom by wprowadzili ich do hangaru.      

środa, 8 maja 2013

Tiva cz. 9 cross

A/N: No, udało sie napisać najbardziej emocjonujący dla chłopaków rozdział. Dla niektórych będzie przypomnienie tych niemiłych chwil, a dla innych to nowość - tak, bywam niemiła :P Jutro, znaczy dziś odcinek wiec tak sam wraz :) Wspomnienia Nico są kursorem w "" i inną czcionką. Mam nadzieję, że sie spodoba bo i długość dobra :)

** Chandni ** 



Waszyngton DC

Noc minęła spokojnie, chociaż Ziva, Tony a przede wszystkim Susan mało spali tej nocy. Ziva wtuliła się w Tony’ego, który pochrapywał, wiedząc iż w sypialni na końcu korytarza Susan leży w koszulce ukochanego i przytula się do poduszki, na której sypia jej mąż. Zdawała sobie sprawę, że Susy chce poczuć bliskość i zapach męża. Ziva znała ten stan, tylko, że co innego spać bez ukochanego, gdy wie się, że jest on w pracy czy w delegacji służbowej a co innego, kiedy ukochany walczy o odzyskanie siebie na drugim krańcu globu.
Nad ranem Ziva obudziła Tony’ego i obwieściła mu plan działania by mógł ja poprzeć. Zatem, gdy tylko zeszli na śniadanie do kuchni obwieścili.
 - Jedziemy do Waszyngtonu – powiedziała Ziva – Wszyscy troje – uprzedziła jakąkolwiek odpowiedź Susan.
 - Ale…? – protestowała dziewczyna.
 - Żadnych ‘ale’ – odezwał się Tony – Wiesz, przydałaby się nam osoba, która uratuje nas przed pozabijaniem się – zażartował.
 - A poza tym nie możesz cały czas tu sama siedzieć i wyczekiwać – obwieściła Ziva – Szukanie odpowiedniego domu… - Ziva zrobiła gest dłońmi i wymownie spojrzała na Tony’ego, który łapczywie połykał jedzenie.
 - Rozumiem doskonale – zaśmiała się Susy.
 - Nic im nie grozi, chyba… - przemówił z pełna buzią DiNozzo.
 - Gdy zwierz je to nie szczeka – upomniała go Ziva z cynicznym uśmieszkiem na twarzy.
 - Pies, kochanie, pies – poprawił ją Tony, posyłając jej niewinne spojrzenie.
 - Wy dwoje możecie się pozabijać i tamtych dwóch również – westchnęła ciężko Carter.
 - Ianto potrafi być upierdliwy – zauważył DiNozzo, lecz potem spojrzał niepewnie na Carter – Nie chodzi ci tylko o werbalne… Czy Nate umie się bić?
 - Tony, obaj mogą wrócić nieźle poobijani – odparła Susan, odstawiając talerze do zmywarki.
 - Gdzie się nauczył? – zapytała zaciekawiona Ziva.
 - Syriusz, Dave, Sam, Mayky, Jake i Darren go szkolili. Potrafił ich zna kłonić do tego by podszkolili go w tym, w czym sami byli najlepsi. Walki w ręcz, strzelanie z broni, medytacja delta, koncentracja snajperska – wyliczała Susy.
 - No – przytaknął z podziwem Tony a potem uśmiechnął się – Zapewne i ciebie podszkolili, więc będę grzeczny. Dwie silne i waleczne kobiety przeciw mnie biednemu jednemu – kolejny raz zrobił minę niewiniątka.
 - No właśnie Tony – Ziva uśmiechnęła się złowieszczo.
 - Dla ciebie wszystko, kochanie – zapewnił, przekomarzając się lekko – A teraz w drogę moje panie, bo nam wszystkie domy sprzątną sprzed nosa.
 - Już się o to nie martw – pokiwała mu palcem Ziva.
 - Susy – Tony zwrócił się do dziewczyny, która właśnie sięgała po swoja torebkę.
 - Tak?
 - Kiedy ostatnio byliście gdzieś na wakacjach? – zapytał, a Ziva spojrzała podejrzliwie na niego. Co on kombinuje?, pomyślała, lecz szybko pojęła o co chodzi.
 - Szczerze, to jeszcze nigdzie nie byliśmy na wakacjach – Susan przyznała z lekkim zawodem w głosie.
W tym momencie Tony wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Zivą, lecz nic więcej nie powiedzieli tylko wsiedli do samochodu i ruszyli w drogę.


Damaszek

Ianto zatrzymał samochód przed zniszczoną bramą do posiadłości, która niegdyś należała do Santhaez i członków Zgromadzenia Czaszki.
 - Jesteś pewien? – zapytał Barrowman, spoglądając z troską na milczącego towarzysza.
 - Nie – odparł szeptem, lecz w jego oczach Ianto dostrzegł determinacje i zaciekłość.
Budynek stał opuszczony, od czasu do czasu z konieczności korzystali z niego agenci różnych agencji i wywiadów, lecz nikt nie potrafił wytrzymać tam dłużej niż doby. Wszyscy byli świadom tego jakie rzeczy wyprawiało się w pomieszczeniach na piętrze od zachodniej części budynku.
 - Wziąłeś leki? – zapytał nagle, gdy tylko zatrzymali się przed budynkiem.
 - Teraz mi nie pomogą – odparł Nathan, biorąc kilka głębokich oddechów.
 - Nie musisz…
 - Właśnie, że kurwa muszę! – przeklął Nathan, nerwowo uderzając ramieniem o drzwi samochodu.
 - Za dużo przeklinasz – zauważył Ianto, znów prowokując Cartera.
 - No co ty nie powiesz, Sherlock’u! – syknął gniewnie przez zaciśnięte zęby.
 - Wiem, że pałasz miłością do Mossadu tak jak i ja, ale nie musisz od razu demolować im wozu – sarknął Shardiff, uśmiechając się lekko. Nathan posłał mu gniewne spojrzenie i wysiadł z samochodu. Z zaciśniętymi nerwowo pięściami ruszył do budynku. Tak naprawdę to nie wiedział, gdzie dokładnie powinien iść. Kiedy tu go przywieziono był pod wpływem narkotyku. Pamięta tylko trzy pomieszczenia w jakich był potem przetrzymywany, bo kiedy był wywożony na wózku inwalidzkim z budynku, to był uwięziony we własnym umyśle.
 - Pomieszczenia tortur są na piętrze – odezwał się grobowym głosem Shardiff i poprowadził w danym kierunku. Wnętrzności agenta skręcały się, ale wiedział, że musi teraz dopuścić do głosu Shardiffa by być opanowanym i zimnym skurwielem. Kiedy weszli na długi korytarz, Nathan od razu skierował się do ostatniego pomieszczenia, które przez lata się nie zmieniło. Dalej z sufitu zwisał hak, a ściany były odrapane. Przy jednej ze ścian stał połamany klęcznik, a nieco dalej na podłodze leżał kolczasty łańcuch. W pomieszczeniu było okrutnie duszno i wciąż unosił się nieprzyjemny odór.

„Mam nadzieję, że przemyślałeś moją propozycję i tym razem
będziesz rozsądniejszy” zadzwonił mu w uszach złowrogi,
szyderczy głos Santhez’a, na którego wspomnienie przeszył go nieprzyjemny dreszcz. Na czoło Cartera wystąpiły kropelki potu, a jego twarz była nienaturalnie blada. Do tego podkrążone, czerwone oczy i można było uznać, że uciekł z zakładu dla obłąkanych.
 - Nate, co widzisz? – głos Shardiffa przebił się przez wspomnienia.
 - Tu… tu zaczęli – szepnął spierzchłymi wargami. Miał wrażenie, że zaczyna mu brakować powietrza, a w ustach zrobiło się strasznie sucho. Podszedł do klęcznika i spojrzał na łańcuch.
 - Przewiązali mi nim ręce, brzuch i kostki, kiedy klęczałem na tym klęczniku i… - opowiedział drżącym głosem. Wziął łapczywy oddech i dokończył – Po tym jak mnie Jugodin wychłostał i potraktował prądem… a następnie podał serum prawdy – głos Nathana załamywał się i ściszał, tak iż Shardiff miał wrażenie, że za moment a przestanie go słyszeć. Ianto aż zacisnął groźnie wargi w srogą linie i pięść by nie roznieść ścian.
 - Nie było tak źle – zaśmiał się nerwowo Nathan i spojrzał na Shardiffa - Próbowali zmęczyć mnie dźwiękiem, a potem podszywając się pod Syriusza wyciągnąć informacje – dodał i zamachał dłonią przy czole. Shardiffowi wcale się to nie podobało, ale milczał.
Nathan chwiejnie ruszył do wyjścia. Teraz dopiero zaczynało się najgorsze. Podszedł do drzwi, które oddzielały go od prawdziwego horroru i pchnął je, a kiedy się otworzyły zobaczył ponownie ten sam okropny widok wywołujący ciarki na ciele.

Pomieszczenie było chłodniejsze, w połowie wykafelkowane, na środku stał niezmiennie fotel dentystyczny ze skórzanymi pasami, a obok maszyna dentystyczna z wiertłami oraz stolik z narzędziami chirurgicznymi. Nathan aż cofnął się. Cały drżał i ciężko oddychał.
 - Z całych sił… - zaczął półszeptem i nieco nieobecnym już głosem – Nie myśleć o nich…
 - O kim?
 - O ojcu i naszej zagmatwanej relacji, o Syriuszu i reszcie moich braci i tego jak zmieniło się nasze życie, a przede wszystkim nie chciałem myśleć o Susan – wyznał – Nie mogłem o niej myśleć i żałować, że nie powiem jej jak bardzo ją kocham i że chciałbym spędzić z nią resztę życia.
Na podłodze, tuż przy stoliku, leżał hak. Nathan spojrzał na niego, a w jego umyśle pojawiło się wspomnienie.

„Jugodin chwycił za przedmiot, który był zakończony ostrym hakiem, jedną dłonią chwycił przerażonego Nathan’a za szczękę, a drugą trzymając instrument zamachnął i ciął precyzyjnie od mostka w stronę pachy. Po pomieszczeniu rozległ sie przeraźliwy krzyk. Nathan próbował sie szarpać, szukał ratunku, możliwości ucieczki. W jego umyśle strutym narkotykiem Jugodin jawił sie jako Kapitan Hak, tyle, że w wersji bardziej jak z horroru. Zacisnął mocno dłonie na poręczach fotela, resztę ciała głębiej wbijając boleśnie w fotel. Obraz był rozmyty, falujący. Słyszał kpiący, przeraźliwy śmiech. Chciał uciec, ale nie miał dokąd. Pasy boleśnie trzymały go w uwięzi. Dlaczego jest taki głupi? Dlaczego im nie powie tego, co chcą wiedzieć?

Nathan z jękiem upadł na podłogę, tak iż teraz klęczał przy fotelu. Jego ramiona spoczywały na fotelu, tuz przy poręczy ze skórzanym pasem. Shardiff przypadł do niego i przytulił ostrożnie. Wiedział, ze jest pomostem, ale nie może działać zbyt radykalnie.
 - Boże! – zawołał Nathan po hebrajsku – Dlaczego teraz? Dlaczego, Panie, znów na mnie to zsyłasz?
 - Co widzisz? – poprosił Shardiff na głos – Co oni ci robili? – z tymi słowami sięgnął do pierwszej rany na torsie – Przeorał tors, a potem? Potem ramię?
 - I bark… - odpowiedział Nathan, zanosząc się szlochem – Nie mogę, Shardiff… ja… - błagał rozpaczliwie. Wszystko wróciło: ból, strach, przerażenie, smutek, rozpacz, bezradność, poniżenie. Miał wrażenie, że wspomnienia rozsadzą mu zaraz głowę, a brak powietrze rozerwie mu płuca i serce.

„Chcesz zgrywać męczennika?, Jugodin zapytał kpiąco, przybliżając się do Nathana i przytykając gąbkę do jego spieczonych warg - Twój Mesjasz był tym pojony przed śmiercią - jego wargi wykrzywiły się w podłym uśmieszku. Ścisnął mocniej gąbkę tak iż płyn spłynął po brodzie na tors Nathana.”
Po raz kolejny Nathan miał wrażenie, że umiera, że odchodzi od zmysłów. Czyjeś ręce go trzymały i musi się uwolnić. Musi uciekać. Ale dokąd? Przecież nigdzie nie będzie bezpieczny. Wszędzie go znajdą. Przed nimi się nie ukryje. Ale nie podda się bez walki. Ostatkiem sił, ale będzie walczył.

Shardiff nie spodziewał się gwałtownego ataku ze strony Nathana, lecz po chwili oberwał z łokcia w twarz.
 - Nathan! – krzyknął, gdy wylądował na podłodze. Gdy Carter się odwrócił, wyglądał jak dzikie, przerażone zwierze schwytane w pułapkę, lecz wciąż walczące. Nathan wykorzystał jego nieuwagę i rzucił się na niego. Shardiff chwycił go i obaj zaczęli turlać się po wykafelkowanej podłodze. Shardiff nie spodziewał się takiej siły po szczupłym chłopaku. Nathan podkurczył nogę i wsadził miedzy nich, by po chwili z całej siły odepchnąć Shardiffa od siebie. Shardiff wylądował przy drzwiach. Wiedział, że musi uważać, dlatego też nie atakował tylko przyjął taktykę obronną.

„Tylko go nie zabij – Santhez zwrócił się do Jugodina ostrym i stanowczym głosem.
- Och, nie… - Jugodin zaśmiał się, a jego głos złowieszczo zawisł – Mam inne plany – doktor podszedł do Nathana, schylił się i chwycił jego wychudzoną twarz w imadło swych dłoni – Pozwól mi zajrzeć do jego mózgu, Enrique. Widziałeś reakcję stymulacji jego blizny. On miał wizje, mówię ci… – ciągnął pozwalając by jego ciężki, rosyjski akcent uwidoczniał się – Chcę otworzyć jego czaszkę – mówiąc to przeniósł jedną dłoń na głowę Nathana, a drugą ścisnął prawy przegub.”

Kolejna straszna wizja pojawiła się w umyśla Nathana. Złowrogo wyciągnięta dłoń Jugodina, tak realnie wyglądała i sięgała ku jego sercu, że aż mroziła go do szpiku kości. Zatem znów zaatakował, uderzając niemal na oślep. Jego ciało momentalnie zareagowało, gdy został pchnięty na zimną ścianę. Kolejny raz łokciem zaatakował, potem hak i kilka sparowanych ciosów.

Shardiff wiedział, że Nathan jest pogrążony w jakimś dziwnym transie. Walczył nie z nim, a z własnymi demonami. Był jednak pod wrażeniem, tego, że chociaż był chwilowo niepoczytalny dalej jednak walczył szaleńczo. I tu właśnie w dziwny sposób Nathan zaczynał przypominać Shardiffowi jego samego. Zaczynało docierać do Ianto, że tak na prawdę ta podróż będzie oczyszczająca dla nich obu. Będzie musiał podpytać kto tak dobrze wyszkolił go w sztukach walki, bo dzieciak wiedział doskonale jak zadać precyzyjny i bolesny cios. Dawno tak dobrego sparingu nie miał z nikim, chociaż już miał podbite oko i rozciętą wargę, to miał nadzieję, że się opłacało.
Odepchnął Nathana, który poleciał na fotel dentystyczny i znieruchomiał. Leżał na nim ciężko oddychając i mamrocząc jakieś niezrozumiałe dla Shardiffa słowa.

Nathan nie miał już sił walczyć. Pomieszczenie wściekle wirowało, pierś paliła, w głowie huczało a płuca paliły od tego, że nie mogły nadążyć z pompowaniem powietrza. Szeptał treść starej modlitwy, a po jego policzkach płynęły łzy. Błagał Boga, by go wysłuchał w jego strapieniu i uzdrowił go. Shardiff poznał od razu tekst modlitwy.
 - Szlag – warknął, gdy łza zakręciła się w jego oku. Nie modlił się do swojego Boga od lat. Tyle, że tak naprawdę to mieli jednego wspólnego Boga i po chwili Shardiff odmówił krótka modlitwę w ich intencji, by przezwyciężyli swe demony.

Przed jego oczyma Nico zaczynały stawać obrazy, tym razem inne.
Jego mama, na kilka dni przed swoja śmiercią nuciła mu ulubioną kołysankę.
Duma na twarzach jego starszych braci kiedy odebrał dyplom doktora.
Susan i jej uśmiech.
Jej uśmiech, który zawsze rozpędzał ciemne chmury z ciemnych zakamarków jego duszy.
Musi do niej wrócić.
Musi wybaczyć im i sobie.
 - Wybacz… im… - szepnął w końcu Nathan.
 - Nico? Komu mam wybaczać? – zapytał Shardiff, który cały czas był przy jego boku.
 - Swoim oprawcom – odparł i ostatkiem sił podniósł się by po chwili z całej siły przytulić Shardiffa. Ianto nie wiedział, co zrobić. Nigdy, drugiemu mężczyźnie nie pozwalał na takie gesty. Jedynie Selenie i Ash pozwolił się przytulać. Z Alex’em czy Charlisle to był zwykły uścisk. Ale nie o to teraz chodziło. Bo Nico coś jeszcze mu szeptał do ucha.
 - …sobie… wybacz… - Shardiff dostrzegł spokój, który rozjaśnił twarz Nico, którego powieki zamknęły się po chwili.
Shardiff ostrożnie wziął go w ramiona, wstał chwiejnie i ruszył do wyjścia. Nie chciał by przebywali to dłużej niż musieli. Kiedy wsiadł do samochodu, cały drżał. Spojrzał niepewnie na nieprzytomnego Cartera. Dzieciak miał przebrzydłą rację odnośnie przebaczenia. Chwycił za komórkę i napisał:
„Już po wszystkim, udało się, wracamy.”           
   

sobota, 4 maja 2013

Tiva cz. 8 cross


A/N: Wiem, trochę krótkie, ale ważne, że jest bo ostatnio Wen coś nie dopisuje zatem jestem szczęśliwa, że cokolwiek pozwolił napisać. Mam nadzieję, że się spodoba. Jak zapowiedziałam Tiva też jest :) 

** Chandni **



Ziva odebrała wiadomość o treści: Jesteśmy pod budynkiem konferencyjnym. Na razie wszystko gra. Odezwę się z Damaszku.

Ziva spojrzała na zebranych ludzi. W kuchni, przy blacie na stołkach barowych, sącząc kawę, siedzieli Gibbs i Whitening. W salonie Susan pokazywała zdjęcia Tony’emu. Reszta niedawno rozjechała się do swoich domów. Ziva usiadła z powrotem obok Susan i DiNozza i spojrzała na zdjęcie jakie przedstawiało Susan i Nathana. Oboje byli uśmiechnięci a Susan dumnie prezentowała na palcu pierścionek, jaki właśnie dostała od ukochanego.
 - Jest silny i cholernie uparty – oznajmiła nagle Ziva – Nie potrafiłabym wrócić do Somalii, do miejsca, gdzie mnie przetrzymywano. A Nate to robi bo cie kocha i chce się od tego uwolnić – stwierdziła. Nie miała pojęcia skąd ten młody mężczyzna brał tyle siły, ale wiedziała, że właśnie dochodził do punktu krytycznego i potrzebował regeneracji i oczyszczenia, ponieważ zemsty dokonał już jakiś czas temu.
 - Każdy z nas na swój sposób musi zmierzyć się z własnymi demonami i gdybyś musiała zrobić to dla siebie czy też dla ratowania związku z Tonym, to pojechałabyś tam – stwierdziła Susan – Poślubiając Nathana wiedziałam na co się piszę i z czym jest związane. Zdawaliśmy sobie oboje sprawę z tego jakie mogą być konsekwencje naszego czynu, ale po tym, co razem przeszliśmy wiedzieliśmy, że nie możemy już bez siebie żyć. To nie miałoby sensu. Ani ja ani Nate nie potrafilibyśmy ułożyć sobie życia bez drugiego. Tylko byśmy myśleli o sobie czy jesteśmy bezpieczni, zdrowi, czy sobie radzimy, czy kogoś mamy? – tłumaczyła Susan.
 - Uparci i zawzięci. To ma się rozumieć – zaśmiał się Tony, który podziwiał siłę i hart duha Susan. W pewnym stopniu przypominała mu Zivę.
 - Jeśli się poddamy to tylko pozwolimy by nasi wrogowie zwyciężyli, a tego nie chcemy, prawda? – rzuciła wyzywająco i spojrzała z tajemniczym uśmiechem na Zivę.
 - Jak najbardziej – David przytaknęła – Jakbym… um… - Ziva nie wiedziała jak zacząć ten temat – Jakby nie odpowiadało mi to, co zaoferują mi w NCIS, to czy…
 - Jak najbardziej, Zivo – zapewniła ja Carter – My kobiety musimy się trzymać razem i być twarde przy naszych facetach a czułe i bojowe jak niedźwiedzice przy naszych młodych – zaśmiała się lekko Susan.
 - Najpierw wybierzemy dom i sprzedamy nasze apartamenty – zaznaczył Tony.
 - Ja urządzam – zaanonsowała Ziva.
 - Duży plazmowy telewizor w salonie to podstawa i miejsce na moją kolekcję filmów – poinformował ukochaną DiNozzo – Strasznie dużo wydatków – syknął lekko się krzywiąc.
 - Poradzicie sobie – zapewniła ich Susan.
 - Jeśli się wcześniej nie pozabijają – doszedł ich rozbawiony głos Gibbsa – Dzieciaki – westchnął, kręcąc przy tym głową.

***

Mossad podstawił do ich dyspozycji samochód, który czekał tuż przed lotniskiem. W milczeniu udali się do niewielkiego motelu, z którego już wcześniej Shardiff korzystał. Po wzięciu prysznica Shardiff ułożył się wygodnie na łóżku, obserwując Nathana, który czytał Brewiarz. Jednak Shardiff bez problemu mógł zauważyć, że nie był skoncentrowany na tekście modlitwy.
 - Uparciuch – rzucił Ianto, wpatrując się w sufit i wyczekując reakcji. Niestety Nate milczał jak zaklęty – Sprawdzasz moja cierpliwość? – Barrowman nie ustępował. Nie miał zamiaru dać za wygraną i się łatwo poddać. Był cierpliwy, gdy tego sprawa potrzebowała – Idź spać – rozkazał, widząc jak Nathan co chwila przeciera zmęczone oczy. Kiedy ostatnio ten dzieciak spał?  
 - Powinieneś teraz być z Seleną i Jasmine – usłyszał w odpowiedzi. Nathan nawet na niego nie spojrzał. Owszem był cholernie zmęczony, ale bał się zamknąć chociaż na chwilę powieki.
 - Właśnie, a jestem tu z tobą
 - Nie prosiłem o to – warknął groźnie Carter, odstawiając na bok modlitewnik.
 - Nie – Shardiff zerwał się z pozycji leżącej – Powinieneś teraz przytulać żonę a nie uciekać.
 - Ja nie uciekam – syknął Nathan wstając z łóżka – Musze stawić czoła demonom, które ciągną mnie w dół – oznajmił smętnie – Sam wiesz najlepiej jak to jest – przypomniał mu.
 - Idź spać – powtórzył rozkaz Shardiff.
 Nathan, który do tej pory krążył po pokoju, zatrzymał się i roześmiał.
 - Nie mogę spać.
 - A wziąłeś chociaż karty byśmy w pokera zagrali? – zapytał nagle Ianto, uśmiechając się. Nathan tylko pokręcił smętnie głową, wrócił do łóżka i zgasił światło.
 - Możemy liczyć razem barany – zaproponował Ianto. Postanowił przybrać taktykę DiAngelo – upierdliwca. Wiedział, że w chwili obecnej bardzo łatwo było można wyprowadzić Nathana z równowagi i o to mu chodziło.
 * * *   

Obaj zdrzemnęli się zaledwie dwie, góra trzy godziny. Shardiff nie mógł spać, gdy na drugim łóżku Nico wiercił się niespokojnie i mówił niezrozumiale przez sen, z którego trzykrotnie budził się z krzykiem, nie mogąc złapać powietrza do płuc. To im wystarczyło by darować sobie sen na resztę nocy. Kiedy tylko zaczęło szarzeć wymeldowali się z motelu, zatrzymali w całodobowej knajpce na szybkie śniadanie i ruszyli w drogę. Ich pierwszym przystankiem był budynek konferencyjny.
 - Ziva powinna spędzać czas z Tonym – odezwał się ponurym głosem Nathan.
 - Powinna, a siedzi z twoją żoną. Oboje siedzą – odparł Shardiff – Chcesz się poczuć lepiej? Robi to bo chce, bo uratowałeś jej dwukrotnie życie. Jej i ich dziecku nienarodzonemu – zaznaczył, bo wiedział jak rozchwiany emocjonalnie jest w chwili obecnej Carter. To niby ma mnie pocieszyć?, prychnął pogardliwie w myślach Nathan. Wciągnął w to już zbyt dużo osób. Dlaczego wtedy nie przyjął oferty Darrena? Tego nie mógł zrozumieć, ale teraz już było na to za późno.

Shardiff zatrzymał samochód i obaj powoli z niego wysiedli. Byli ubrani tak by wmieszać się w tłum; Koszulki bawełniane, jeansy, arafatki, okulary przeciwsłoneczne i masywne buty. Shardiff miał przy kostce broń, ukrytą pod szeroką nogawką. Szedł kilka kroków za Nathanem, który wspiął się po schodach, rozejrzał i zatrzymał przy poręczy.

Nathan pamiętał jak dziś ponowne spotkanie z Syriuszem i jak zdenerwowany tym był. Jak wyszedł na zewnątrz. Telefon Syriusza i nagły ból w boku, po tym jak sztylet mu go przeorał.
Chwycił się barierki by nie upaść. Zapomniał jak jest tu duszno i gorąco o tej porze roku. Spojrzał w stronę drogi, gdzie miasto budziło się do życia. Spojrzał na Shardiffa. Mężczyzna stał z komórka w ręce. Zapewne zdawał raport, gdzie są i co robią.
To miejsce było dopiero początkiem ich podróży i początkiem jego koszmaru. Wiedział jednak, że musi pojechać w tamto miejsce, gdzie był przetrzymywany. Zatem zbiegł po schodach i mijając Shardiffa zawołał:
 - Możemy jechać dalej.      

piątek, 26 kwietnia 2013

Tiva cz. 7 cross


A/N: Zmieniamy teraz lekko tryb pisania. Zamiast zakładać nowego opowiadania postanowiłam to rozszerzyć o wyjazd chłopaków. Tiva będzie jak najbardziej w tej części w rozmowach chłopaków lub osobiście będziemy przenosić się do USA. Zatem należy czytać całość by wiedzieć co i jak :) Mam nadzieje, że już odratowałyście sie po zawale związanym z końcówka odcinka. Miłego czytania.

** Chandni **



Zegarek na jego przegubie piknął dając do zrozumienia, że wybiła właśnie pełna godzina. Siedział w ciemnej sypialni, do której wpadały nikle promienie światła z korytarza. Przy fotelu, na którym siedział stał spakowany wojskowy plecak. Wstał i drżącą ręką położył kopertę obok lampki nocnej. Podjęcie tej decyzji było cholernie trudne i bolesne dla niego, ale wiedział, ze musi to zrobić. To wszystko, co ostatnio się działo… nagonka IA i DoD, śmierć Jake’a, powracające objawy PTSD, porwanie Susan i Zivy oraz to, że nie mogą mieć dziecka było zbyt wielkim ciężarem dla niego. Ostrożnie nachylił się i pocałował de litanie żonę w policzek. Nie zastanawiając się dłużej, chwycił plecak i wyszedł z sypialni. Gasząc za sobą światła zszedł do holu, gdzie założył bejsbolówkę i naciągnął na nią kaptur bluzy. Wiedział doskonale, że teraz agenci przed jego domem będą właśnie się zmieniać, zatem wykorzysta ten moment by się wymknąć. Wyślizgnął się w ostatniej chwili i ruszył wolnym krokiem przed siebie. Miał ustalony plan dotarcia na lotnisko, lecz uległ on zmianie, gdy tylko skręcił w boczną uliczkę.
 - Wsiadaj – rozkazał surowo mężczyzna opierający się o maskę czarnego SUV’a.
- Co ty tu do cholery robisz? – odpowiedział gniewnie.
Shardiff chwycił go jak nieznośne dziecko i bez zbędnych ceregieli pchnął w stronę drzwi od strony pasażera. Nathan wsiadł do samochodu, wrzucił plecak na tylne siedzenie, zapiął pas i oparł głowę o szybę. Nawet nie pofatygował się by zdjąć kaptur i czapkę. Shardiff zasiadł za kierownicą i machinalnie dłonią zerwał mu kaptur i czapkę z głosy. Nathan próbował go powstrzymać, lecz nie udało mu się. Jego refleks był nieco wolniejszy.
 - Kurwa, aż tak źle? – rzucił niezadowolony z widoku jaki ujrzał Shardiff. Nathan miał włosy zgolone na trójkę, podkrążone i zaczerwienione oczy od niewyspania i przepracowania, kilkudniowy zarost i bladą cerę. Wydawał się również chudszy niż Shardiff pamiętał. Jednym słowem wyglądał jak siedem nieszczęść.
 - Nie, jest zajebiście – odparł wkurzony i podirytowany Nathan, że ktoś pokrzyżował mu plany – Zadałem ci pytanie?
 - A jak myślisz? – odparł Shardiff, odpalając silnik i ruszając w drogę na lotnisko.
 - Syriusz kazał ci mnie niańczyć? – zakpił.
 - ja bym to nazwał wsparciem taktycznym – Shardiff wyszczerzył się w obłudnym uśmiechu.
 - Nie odwiedziesz mnie od tego – zapewnił ostro Carter, rzucając wyzywające spojrzenie mężczyźnie.
 - Nawet nie mam takiego zamiaru – stwierdził Shardiff.
 - Jak Ziva i Tony? – zapytał Nathan, chcąc zmienić temat.
 - Zapewne pogodzili się, okazali uczucia i teraz wtuleni smacznie śpią – odparł Shardiff.
 - Chociaż oni – westchnął Nathan i zamachał palcami przed prawą skronią.
 - Leki – warknął Shardiff. Nie podobało mu się to wcale a wcale ale przecież nie zmusi go siłą do zostania w domu i udawania, że nic się nie dzieje jak się działo.
 - Nie martw się, jakieś resztki poczytalności jeszcze pozostały tam – zakpił stukając się knykciem w ogoloną głowę.
 - Zabawne, kurwa, ha ha – odparł Shardiff – Może lepiej skaczmy to dogryzanie sobie i powiesz mi co jest grane? – miał nadzieję, że zmusi Cartera do rozmowy. Z tego, co powiedział mu wicedyrektor Whitening, to Nathan nie był ostatnimi czasy zbyt rozmowny i wylewny jeśli tyczyło się jego uczuć. A przecież jeszcze nie tak dawno Nathan dawał mu w Alexandrii rady odnośnie…
 - Gdzie ten mądrala, który dawał mi niedawno rady odnośnie związków, wyborów i nie pozwolenia by przeszłość zniszczyła mu teraźniejszość? – zapytał na głos Shardiff, rzucając wyzywające spojrzenie Nathanowi.
 - Ma kryzys – odparł chłodno Nathan, krzyżując ramiona na piersi.
 - Jesteś pewien, że chcesz tam pojechać? – zapytał nagle Shardiff. Próbował podtrzymać rozmowę, prowokować Nathana do gadania.
 - A jak, kurwa, myślisz? – rzucił gniewnie Nathan i nie musiał długo czekać na reakcję. Shardiff z wrażenia aż gwałtownie zatrzymał samochód.
 - Przeklinasz – zwrócił mu z niedowierzaniem uwagę – Ulżyło? – zapytał.
 - Jeszcze gorzej się czuję – odparł Carter, a Shardiffowi ulżyło, że szczerze odpowiedział.
 - Myślisz, ze uda im się? – zapytał nagle Nathan, przygryzając dolną wargę.
 - Im, znaczy…?
 - Ziva i Tony
 - Są silni tak jak ty i Susan czy ja i Selena. Damy radę – zapewnił go Shardiff – ciekawe tylko jakie imię wybiorą. Aż nie mogę się doczekać, kiedy znów zaczną się sprzeczać odnośnie urządzania domu, kupowania ciuszków, pracy i imienia – uśmiechnął się Shardiff, jednocześnie bacznie obserwując Nathana, który tym razem nie odpowiedział, tylko przypatrywał się swojej obrączce, którą miał na palcu.
 - Przyrzekałeś przed samym Bogiem – przypomniał mu nagle Shardiff.
 - Doskonale pamiętam – syknął groźnie Nathan – Myślisz, że przychodzi mi to łatwo?
 - Moim zadaniem jest pilnowanie cię i sprowadzenie do domu – oznajmił oschle Shardiff, parkując samochód na parkingu przed lotniskiem.
 - Jak małego, nieznośnego szczeniaka, po którym będzie trzeba posprzątać – zakpił Nathan, odpinając pas.
 - Skoro jesteśmy przy zwierzakach – Sahrdiff gwałtownie obrócił się w jego stronę – To jesteś naszym małym szczeniaczkiem, który jak ugryzie to później się to kurewsko babrze i boli jak cholera. Szczeniakiem, którego stado ochrania nawet przed nim samym – oznajmił ostro patrząc mu prosto w oczy – A teraz rusz swe zacne cztery litery nim odprawę nam zamkną.
Kiedy obaj ruszyli w stronę wejścia, nad miastem dopiero zaczynało szarzeć. Nathan odwrócił się i spojrzał w tamtą stronę.
 - Ziva się nią zaopiekuje – zapewnił go Shardiff – A kiedy wrócimy, nakopie ci do tyłka – dodał pocieszająco.

***

Gdy tylko wylądowali na lotnisku i przeszli przez odprawę, skierowali się w stronę taksówek. Lot był długi i spędzony w ciszy. Nathan nie miał ochoty z nim gadać. Zbywał go milczeniem medytując, modląc się bądź symulując, że śpi. Shardiff jednak wiedział lepiej. Wolał jednak by Nathan zaczął rozmawiać, ale wiedział, że z tym będzie trudniej skoro nawet Syriuszowi nie udało się nakłonić przyjaciela, który zawsze był dla niego jak młodszy brat, do rozmowy. Wicedyrektor nie był na siłach by stawić jeszcze temu czoła wiec poprosił jego o pomoc. Dla Syriusza Jake też był jak brat i znali się dłużej niż z Nathanem. Na dodatek Ia i DoD nie ułatwiali zadania. Jeden fakt tylko nie dawał spokoju Shardiffowi, mianowicie dlaczego pani Terminator nie zgarnęła ich na lotnisku. Przecież mieli zakaz opuszczania kraju. Czyżby cos w międzyczasie się wydarzyło?
 - Watykan i Homeladn Security interweniowały – przerwał nagle milczenie Nathan.
 - Ktoś utarł Terminatorowi nosa – uśmiechnął się triumfalnie Shardiff.
 - Raczej nie – westchnął – Ona i dwóch specjalnych agentów dołączy do Icarusa – oznajmił.
 - Ale nie ułatwisz jej zadania, co?
 - Usilnie chce poznać listę, ale z dniem, w którym postanowiła wejść buciorami w poczet Icarusa automatycznie sama została wciągnięta na listę. Tak, mam na nią wszystko – zapewnił go chłodno Carter.
Ianto uśmiechnął się na to i tylko wyciągnął komórkę.
 - Przekażę, że dotarliśmy do celu by się nie martwiły – oznajmił, wyczekując aż Ziva odbierze telefon.
 - Już tęsknicie? – rzucił kpiąco do słuchawki.
 - Ianto? – usłyszał niepewny i lekko wściekły głos Zivy. Ups… spojrzał złowieszczo na Nathana. Bez bicia się nie obejdzie, pomyślał rozbawiony lekko.
 - Zapewne jesteś u Susan – odgadnął bez problemu. Od razu dało się zauważyć, że dziewczyny znalazły szybko wspólny język.
 - Są u mnie – usłyszał smutny głos Susan i aż sam chciał sprać Nathana za to, co robił.
 - Whitening podejrzewał taką sytuację i prosił bym się tym zajął. Mam go cały czas na oku – zapewnił i jednocześnie wyjaśnił by się nie martwili.
- Wie, że z nim jesteś? – zapytała Ziva.
- Jak najbardziej – powiedział sarkastycznie Ianto, a na jego twarzy wykwitł diaboliczny uśmieszek – Powiedziałem, że gówno mnie obchodzi jego zdanie, ale jest skazany na moje towarzystwo. Wie, że lepiej mnie nie denerwować. A poza tym leci w moje rejony i będzie potrzebował wsparcia osoby po przejściach. Kogoś kto będzie tunelem łączącym jego przeszłość z teraźniejszością – wyjaśnił, a następnie dodał, zwracając się bezpośrednio do żony Cartera – Susan, przywiozę ci go z powrotem, nie obiecuje w jakim stanie jeśli zacznie stawiać opór… - Ianto próbował rozładować ciężką atmosferę, która niewątpliwie panowała tam w Harvardzie, w domu Carterów. Miał nadzieję, że Susan nieco odetchnie z ulgą wiedząc, że jej mąż nie jest sam i że zostanie sprowadzony w jednym kawałku do domu.  
- Uważajcie na siebie -  poprosiła Susan, co było rozkazem dla Shardiffa.
- O nic się nie martw, za kilka dni wrócimy – zapewnił i z tymi słowami Ianto rozłączył się.
                   

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Tiva cz. 6.


A/N: Mam nadzieję, że wyjaśniłam najlepiej jak się dało sytuację, i że zrozumiecie postępowanie Nate'a. Przy okazji nasza Tiva popatrzy jak to jest i może czegoś sie nauczą :) Będzie emocjonalnie. Mam nadzieję, że sie spodoba :) Jak zakończyć? Pierwszy raz pozwolę byście to Wy poddały pomysł na zakończenie :) Alexandretto - Ty pewnie czekasz na Shardiffa i DV oraz pewnie byś się ucieszyła, gdybym opisała 'wyjazd chłopaków' osobno <wink wink>

** Chandni ** 




Ziva i Tony siedzieli na wygodnej kanapie w pięknym, stylowym salonie. Ziva była pod wrażeniem całego domu; był ciepły, przestronny, urządzony ze smakiem, jednocześnie oddawał charakter jego właścicieli. Jednym słowem bardzo przypadł Zivie do gustu i po minie widziała, że Tony’emu również. Susan siedziała skulona w fotelu, z zaczerwienionymi od łez oczyma. Miała na sobie jeansy i męski sweter, który na niej wyglądał jak tunika. Jeśli Ziva miała zgadywać, to zapewne sweter należał do męża Susan. Zivę zakuło to jak bardzo ta dziewczyna potrzebowała swojego ukochanego. W dłoni Susan trzymała kubek z herbatą. Przed Zivą i Tonym, na ławie też stały kubki z napojami. Na tej samej ławie leżało duże zdjęcie ze ślubu Susan i Nathana, gdzie byli w otoczeniu gości weselnych. Siedzieli w milczeniu. Susan dała im właśnie do przeczytania list, który pozostawił jej mąż. Oboje spojrzeli niepewnie na siebie. Ziva bardzo chciała poznać przyczynę nagłego odejścia Nathana. Dlaczego pozostawił ukochaną, która przeżyła tak koszmarny dzień zaledwie kilka godzin wcześniej? I czy faktycznie zostawił?, pomyślała David, bo nie chciała wierzyć, że rzeczywiście mógł to uczynić tak wspaniałej dziewczynie jaką była Susan.
 - Na głos – szepnęła niepewnie Susan, drżącym głosem. Ziva wiedziała, że jeśli oni przeczytają to na głos, to do Susan dotrze, że naprawdę to się dzieje, ze rzeczywiście jej mąż wyjechał, że nie jest to sen.  
Tony skinął głową i zaczął wolno czytać.

Kochanie,
Jak trudno mi jest wyrazić to, co teraz czuję…
Patrzę na ciebie. Tak słodko i spokojnie śpisz, podczas gdy ja nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Wiem, że podejmuję decyzję bez ciebie, i że nie tak się umawialiśmy, ale nie potrafiłbym wyjechać gdybym miał to zrobić, kiedy byś nie spała. Próbowałabyś mnie zatrzymać, przemówić do rozsądku… A poza tym, zrezygnowałbym tylko na sam widok łez w twych oczach. Ale muszę… Coś nie dobrego się ze mną dzieje. Wiadomość, że nie możemy… ja nie mogę mieć dziecka… Nagonka IA i DoD na nas i ich podważanie naszej lojalności i sposobu działania oraz chęć poznania listy osób, które należą do Icarusa… Twoje i Zivy porwanie… śmierć Jake’a… zamykam oczy i widzę was przerażone i siedzące z bombą odliczającą czas do eksplozji. Jake’a krzyczącego o pomoc… jego powolną śmierć…

Tony przerwał i spojrzał na obie kobiety. Zivie zaczęły płynąć łzy. Susan znów zaczęła płakać.
 - Czytaj dalej – poprosiła Ziva, ocierając rękawem swetra łzy.
Tony wziął oddech by się uspokoić i kontynuował:

To ponad moje siły… gdzieś, coś we mnie pęka… przecież nie tak dawno ulżyło nam na wieść o śmierci Santhezów. Myślałem, że będzie lepiej, ale tak nie jest. Dajemy rady innym parom jak przetrwać i mówimy, że lepiej jeśli będą razem, ale prawda jest taka, że czasami lepiej, gdy się rozstaną. Bo gorszym grzechem jest ciągniecie ukochanej osoby w dół. I ja mam takie wrażenie, że spadam w dół, dlatego nie chcę ciebie ze sobą ciągnąć. Za bardzo cię kocham i pamiętaj o tym. Bez ciebie jestem rozdarty i niekompletny. Malujesz mój cały świat barwami kolorowymi, ale moja przeszłość… te trzy dni…
Ostatnimi czasy budzę się w nocy i widzę jego żylastą dłoń wyciągniętą ku mnie, chwytającą mnie za gardło… nie mogę oddychać…
Nie wiem dlaczego akurat teraz… Właśnie mija trzy lata od tych fatalnych wydarzeń… Nie chciałem cię denerwować, ale wiem, że znalazłaś tabletki… niestety objawy PTSD wróciły… Nie umiałem ci tego powiedzieć. Czekaliśmy na wyniki badań. Tak bardzo chcemy tego dziecka… naszego dziecka… Bo niestety przeze mnie nie będziemy mogli adoptować. Tamte przejścia, moja praca, wracające PTSD… Tak mi przykro Susan…
Może trzeba było posłuchać wtedy rodziców…
Ale nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Potrzebuję cię jak powietrza do życia.
Zaraz zamoczę łzami ten kawałek papieru...

Tony przerwał czytać. Ziva widziała jak jego ręce drżą i jak nerwowo mruga powiekami. Położyła dłoń na jego rękach i spojrzała zachęcająco by skończył.
To była również lekcja dla nich, bolesna i bardzo emocjonalna ale Ziva miała nadzieję, że wiele ich nauczy i miała wielką nadzieję, że między Susan a Nathanem się ułoży. Kiedy Nathan wróci weźmie go na porządną rozmowę jako osoba po przejściach z osobą po przejściach. Ułożenie sobie życia po czymś takim nie było łatwym zadaniem. Ale wiedziała, że Nathan da radę. Może i go nie znała ale czuła, że nie należy do ludzi, którzy się łatwo poddają. Zwłaszcza, że był osobą wierzącą. Po prostu upadł i potrzebował się podnieść z tej chwilowej słabości. Ale wiedziała, że taka miłość jak ich przetrwa najcięższe chwile. Była naprawdę piękna. Ziva chciałaby im jakoś pomóc. Przecież już dwa razy Nathan ją uratował. Wiedziała, że uratował Ianto i namówił do powrotu do Seleny i Jasminy. I przede wszystkim robił cholernie ciężką i dobrą robotę dla Icarusa. Ziva zdawała sobie sprawę z tego, że wszystkiego nie wiedzą, ale to czego się dowiedziała jej wystarczyło. Chciała by jej i Tony’ego związek był tak silny. Ziva wiedziała, że dołączyli do tej wielkiej rodziny i wiedziała doskonale, że będzie mogła zawsze, na tych jeszcze do niedawna całkiem obcych ludzi, liczyć bardziej niż na swoją biologiczną rodzinę.

Przecież byli normalnymi ludźmi, agentami federalnymi ale wciąż ludźmi z krwi i kości, którzy mieli swoje uczucia. Uczucia, które często musieli spychać na boczne tory ale jednak wciąż je mieli, chociaż pewnie w wielu wypadkach woleli by ich jednak nie mieć. Mieli też swoje sukcesy i porażki i potrzebowali silnego ramienia by wesprzeć się i iść dalej. Gdyby Tony nie uparł się, że chce zemsty na Salimie pewnie by jej nie uwolniono, bo przecież oni nawet nie wiedzieli, że wciąż żyje. Podobnie było kiedy mściła się za ojca. Cały zespół był za nią i wraz z nią. I to właśnie było najpiękniejsze w ich rodzinie i z tego właśnie powodu nie chciała opuszczać zespołu, ale wiedziała, że nie ważne gdzie pójdzie i zostanie przydzielona oni zawsze pozostaną jej rodziną. Ale jednocześnie bała się takiej sytuacji, która właśnie spotykała Susan i Nathana. Ta bezradność, gdy drugie cierpi i chce na własna rękę sobie poradzić. Ale może właśnie Susan zdawała sobie sprawę z tego, że musi pozwolić mu załatwić swoje sprawy po swojemu. Osobie, która była więziona i poddawana torturom potrzeba samodzielności i nauczenia się ponownego proszenia o pomoc. Sama Ziva znała to doskonale z autopsji, bo sama przez to przeszła. Tyle, ze ona miała blizny na duszy, a Nathan miał i na ciele i na duszy. Został dotkliwiej skrzywdzony w trzy dni niż ona wciągu czterech miesięcy. Ziva doskonale zdawała sobie z tego sprawę, bo widziała niejednokrotnie ofiary Jugodina. Tym bardziej Nathan musi się zmotywować by nie dać tym draniom satysfakcji, że go złamali. To było nie do przyjęcia.   
 - Tony – poprosiła łagodnie Ziva po chwili ciszy. Tony skinął głową, odchrząknął by przeczyścić głos i czytał dalej.

Dobrze, że śpisz, kochanie, bo łatwiej jest mi napisać teraz to wszystko, niż powiedzieć. I dobrze, że śpisz bo gdybyś nie spała i dowiedziała się gdzie zamierzam pojechać, to byś zrobiła użytek z tych kajdanek, które chłopaki któregoś razu zostawili u nas.

Kiedy Tony to przeczytał wszyscy uśmiechnęli się lekko, nawet Susan.
 - Wariat – westchnęła potrząsając głową. Jej wargi drżały w bladym uśmiechu.
 - Dokończę – powiedział Tony, przyglądając się uważnie Susan i Zivie, po czym wrócił do czytania.

Muszę tam pojechać po tę część siebie, która się tam zapodziała. Wiem, to czyste wariactwo, bo nigdy w pełni nie odzyskam siebie. Syriusz i Arthur nie będą zadowoleni, bo nikogo nie uprzedziłem. Jadę sam… a przynajmniej pozwolą mi myśleć, że jadę sam, bo przecież wiesz doskonale jak ten system działa. I chyba to też właśnie mnie męczy. To ciągłe mówienie gdzie i kiedy idę. Tłumaczenie się jak nadopiekuńczym rodzicom, z tą różnicą, że ja nigdy nie musiałem się tłumaczyć ojcu. Nigdy nie musiałem prosić o pozwolenie aż do teraz. Wiem, że to dla bezpieczeństwa ale czuję się jak więzień. Pomyślisz, że myślę tylko o sobie. Myślę o naszej dwójce, o tym co mamy i czym dzielimy się z innymi. Dałaś sobie świetnie radę tam, w tym przeklętym hangarze wraz Zivą. Jestem ogromnie dumny z ciebie, kochanie. Ale jeśli jedno z nas usycha… To cały nasz związek może się rozlecieć jak domek z kart, a tego nie chcę.

Będę powoli kończył, bo niedługo musze jechać na lotnisko.
KOCHAM CIĘ!
I wrócę. Zrobię wszystko by wrócić do ciebie.
Twój na zawsze Nathan.

Ziva spojrzała na list. Na początku pismo było normalne i staranne, jakby ważył każde słowo. Pod koniec listu widać było, że jest mu trudnie pisać, że emocje bardzo nim targały. Ziva wstała, podeszła do Susan i ja przytuliła. Teraz rozumiała. Nathan musiał odnaleźć spokój duszy.
 - Będzie dobrze – zapewniła ją – Dałyśmy wczoraj radę to i przez to pomożemy wam przejść – dodała stanowczo.
 - Susan, czy wiesz, gdzie Nathan pojechał? – zapytał nagle Tony, który odłożył list i wziął do ręki zdjęcie.
 - Zapewne do Damaszku – odpowiedziała ocierając łzy – I jeśli mam zgadywać to zapewne pojedzie najpierw do Jerozolimy – dodała.
 - Chce zmierzyć się ze starymi demonami – odgadła Ziva, wstając i biorąc album z komody – Mogę? – zapytała. Susan tylko skinęła głową.
 - I kto jest z nim? – Tony zadał to pytanie, które i chodziło po głowie Zivie. Martwiła się, że mężczyzna pojechał tam sam, a raczej z ludźmi, którzy byli jego cieniami, a którzy mogli nic o nim nie wiedzieć. Nathan teraz potrzebował osoby z przeszłością, która mogłaby go doskonale zrozumieć, i która jednocześnie znała go w pewnym stopniu.
 - Jake była wam bliski? – zapytała Ziva, siadając z powrotem obok Tony’ego, z albumem w ręce i otwierając go.
 - Jake była jak starszy brat dla Nathana. Znali się dziesieć lat – odparła Susan. Podeszła do nich i usiadła na poręczy kanapy, ręką wskazała zdjęcia, które przedstawiało Jake’a i Nathana z początków ich znajomości.
 - Dyrektor Whitening – Tony zauważył na kolejnym zdjęciu wicedyrektora z Nathanem, Jeake’em i kilkoma innymi osobami.
 - Nate jest jedynakiem ale dla tych kolesi jest jak mały upierdliwy brat, dla którego skoczą w ogień – wyznała Susan, lekko się uśmiechając.
 - Obcy ludzie staja się nam często bliżsi niż własna rodzina – przyznała Ziva i ścisnęła Tony’ego za rękę.
 - Dawałam ci rady a teraz widzisz jak to wygląda… - zakpiła Susan – Ale od goryczy nie uciekniemy w życiu.
 - I bez łez i bólu – dodał Tony.
 - Myśleliście nad tym czy chcecie ślubu? – zapytała nagle Susan.
 - Najpierw chyba zmierzymy się z byciem rodzicami – westchnęła Ziva, lekko się uśmiechając i spoglądając na DiNozzo.
 - Jeśli nie umiecie rozmawiać to piszcie listy. Taki jak ten – poradziła Susan – A przede wszystkim okazujcie sobie uczucia.
 - Taki jest plan – zapewnił Tony.
 - Zostaniecie na obiad? – zapytała Susan, a Ziva i Tony od razu się zgodzili. Wiedzieli, że dziewczyna nie chce zostawać sama w pustym domu.
Nagle telefon Zivy zaczął dzwonić i kiedy spojrzała na wyświetlacz od razu posłała spojrzenie Susan i Tony’emu, a następnie szybko odebrała.
 - Ianto? – rzuciła do słuchawki, kiedy tylko szybko przełączyła na głośnomówiący.
 - Zapewne jesteś u Susan – odezwał sie szorstkim głosem. W tle było słychać ruch uliczny i klaksony.
 - Są u mnie – odparła Susan – Jesteś na głośnomówiącym. Ianto…
 - Whitening podejrzewał taką sytuację i prosił bym się tym zajął. Mam go cały czas na oku – zapewnił i jednocześnie wyjaśnił.
 - Wie, że z nim jesteś? – zapytała Ziva.
 - Jak najbardziej – powiedział sarkastycznie Ianto, a Ziva mogła sobie wyobrazić jak na jego twarzy wykwita ten jego nikły diaboliczny uśmieszek – Powiedziałem, że gówno mnie obchodzi jego zdanie, ale jest skazany na moje towarzystwo. Wie, że lepiej mnie nie denerwować. A poza tym leci w moje rejony i będzie potrzebował wsparcia osoby po przejściach. Kogoś kto będzie tunelem łączącym jego przeszłość z teraźniejszością – wyjaśnił, a następnie dodał – Susan, przywiozę ci go z powrotem, nie obiecuje w jakim stanie jeśli zacznie stawiać opór… - Ziva czuła, że Ianto próbował rozładować atmosferę. Cieszyła się, że to właśnie on był tam z Nathanem i widziała, że Susan jakby również odetchnęła z ulgą.
 - Uważajcie na siebie -  poprosiła Susan.
 - O nic się nie martw, za kilka dni wrócimy – z tymi słowami Ianto rozłączył się.
 - Jestem głodny, a wy? – odezwał się nagle Tony.
 - Ten to jak zwykle głodny – westchnęła Ziva i rozłożyła bezradnie ręce.
 - Tylko jakim sposobem DoD i IA pozwoliły mu wyjechać, podczas gdy oni prowadzą nagonkę? – zdziwił się nagle Tony, który podążał za kobietami do kuchni.
W drzwiach stanął wicedyrektor Whitening.
 - Na to mogę udzielić prostej odpowiedzi – oznajmił i przesunął się robiąc miejsce dla nowych gości. Za jego plecami był dyrektor Vance, Gibbs, Abby, Tim, Charlisle, Samantha i Ash – Przyprowadziłem nowych członków rodziny – oznajmił, podchodząc i mocno przytulając Susan.                   

Robaczkosy

 Witajcie kochani po długiej przerwie :) Nie mam pojęcia czy ktoś z Was jeszcze tu zagląda tak z przyzwyczajenia lub zwykłej ciekawości lub ...