środa, 5 czerwca 2013

Rodzina part III.

A/N: No, uchylamy rąbka tajemnicy :) Alexandretto - ja wiem, że G jest zajęty, dlatego wyjaśniałam, ze nic ich nie łączy, tylko jest w typie Tarren :) Ledwo dałam radę, ale jest :) Mam nadzieję, że się spodoba.

** Chandni **


Tarren wpatrywała się w swoją matkę. Wiedziała, że kobieta próbuje pozbierać swoje emocje i uczucia, po tym jak została gwałtownie wytrącona z równowagi. Czym był ów projekt, że wywołał aż taką reakcję u niej?
- Skąd pewność? - zapytała Hetty zwracając się do Wallance’a, chcąc się upewnić, że nie ma mowy o błędzie lub pomyłce.
- Bo próbowano mnie zabić - odparł chłodno Daniel - Przyszedłem do O’Donnela, ponieważ nie sadziłem, że oddzwoni. Chciałem go ostrzec, ale jedynie co zastałem w domu to zwłoki na posadzce w kuchni. Wtedy zostałem zaatakowany przez agenta CIA - wyjaśnił rzeczowo.
- Więc zabiłeś go w samoobronie - zauważyła Tarren i wymownie spojrzała na Sama i G.  
- Nie wiedzieć czemu, zawsze biją po żebrach - zakpił Wallance i syknął ubierając czystą koszulkę, którą przyniosła mu Nell.
- Jest spore poruszenie w CIA z powodu pojawienia sie Daniela. Uznali go za zdrajcę Stanów ukrywającego się w szeregach Mossadu. Zdrajcę, który sprzedaje sekrety CIA  agencji innego państwa. Na dodatek jest niebezpiecznym hakerem. Wydali międzynarodowy nakaz schwytania ciebie - oznajmiła Nell ze współczuciem.
- A tak bardzo unikałem popularności - zakpił, po czym posłusznie wziął od lekarza środku przeciwbólowe i połknął.
- A może to ty nas wkręcasz i manipulujesz? - odezwała się Kensi. Tarren wiedziała, że wszyscy są bardziej wrogo nastawieni do Daniela, ponieważ nie pała on sympatią względem Hetty i zadarł z Samem. A poza tym był z Mossadu, a wszyscy wiedzieli, że Mossad lubi mieszać i koloryzować pod swoje dyktando.
Tarren musiała się przyznać przed samą sobą, ze jej również przeszła ta myśl przez głowę. Może chce wprowadzić zamęt, sprowokować Hetty? Może ma prywatna vendettę? Może Mossad wysłał go by zniszczył ich organizację? Albo Daniel był w coś zamieszany i próbował teraz zwalić winę na kogoś innego, ratując własną skórę?
Widziała po twarzach zebranych, że i oni myśleli podobnie. Tylko Hetty...

Daniel nic nie odezwał się i to zaskoczyło Tarren. Mężczyzna nie bronił sie przed zarzutami, nie wyśmiał ich, nie zaprzeczył ani nie potwierdził. Miał tylko swe jasne spojrzenie utkwione w twarzy Hetty i Tarren zrozumiała, że to co mówi jest prawdą.
- Pan Wallance nie kłamie - stwierdziła po chwili Hetty. Chociaż pewnie wolałaby by nie miał racji, zgadywała Tarren.
- To z czym właściwie mamy do czynienia? Czym jest Projekt Utopia? - domagała się wyjaśnień Tarren. CIA działało gwałtownie i pochopnie zarazem. Co zrobili tak strasznego, że teraz nagle zaczynali panikować i eliminować świadków?
Daniel gwałtownie pokręcił przecząco głową.
- Lepiej dla was jak nie wiecie - oznajmił, na co wszyscy się oburzyli, oprócz Hetty.
- Mamy prawo wiedzieć - odezwał się Sam.
- Gówno macie, a nie prawo! - obruszył się Daniel, gwałtownie wstając. To był jego błąd, bo już po chwili opadł z powrotem na krzesło i trzymając za żebra, skulił się.
- To zbyt niebezpieczne byście poznali prawdę - wsparła go Hetty. Tarren rozumiała ich postępowanie bardzo dobrze. Hetty o wielu rzeczach jej nie mówiła dla jej dobra, ale zdarzyło się kilka razy, że źle się to skończyło dla Tarren, omal nie fatalnie. Dlatego wolała jednak by powiedzieli, o co chodzi.
- NCIS i tak się dowie. Dyrektor Vance już naciska na informacje w sprawie O’Donnela. Waszyngton już wie, że coś się święci - oznajmił Granger, naciskając na Hetty i Daniela do współpracy.
- Mossad pewnie też już wie... - westchnął ciężko Daniel, po czym spojrzał na zebranych - Macie zamiar wszyscy tak stać? Bo zapewniam, że to cholernie długa historia - zapewnił z rozbrajającą szczerością.


***


Przenieśli się do pomieszczenia, które Hetty zajmowała na co dzień jako swój gabinet. Wszyscy przynieśli sobie krzesła, by móc usiąść. Hetty zajęła swój fotel, natomiast Wallance usiadł na drugim fotelu, stojącym w rogu i praktycznie się w nim zatopił.
- Tylko nie uśnij - sarknął Sam. Tarren widziała, że chłopaki nie pałały sympatią do siebie. Na twarzy Hanny widniał ślad po zderzeniu z łokciem Wallance. Daniel posłał Samowi kpiący uśmieszek i zamknął na chwilę oczy, udając, że śpi.
- Ja mam zacząć czy ty zaczniesz? - zwrócił się Wallance do Lange. Kobieta splotła dłonie przed sobą i spojrzała na zebranych.
- Dwadzieścia dziewięć lat temu popełniłam błąd, przyzwalając na romans dwójki moich agentów operacyjnych, gdy jeszcze pracowałam dla CIA. Myślałam, że są rozsądni ale myliłam się, gdyż pewnego dnia przyszli oznajmić mi, że Laurel jest w ciąży. Oboje z Adamem nie chcieli dziecka - zaczęła łagodnie i spojrzała na Daniela. Tarren również to uczyniła. Chciała wiedzieć czy wspominanie, że rodzice go nie chcieli zrobi na nim jakiekolwiek wrażenie. Ale nie uzyskała żadnej reakcji z jego strony. Jego wyraz twarzy był neutralny.
- Z szefostwem ustaliliśmy, że urodzi jednak to dziecko i oddamy je pod opiekę naszych ludzi na wychowanie a następnie, kiedy przyjdzie odpowiednia pora zwerbujemy go do agencji - kontynuowała Hetty, a następnie spojrzała wyczekująco na Wallance’a, dając mu do zrozumienia, że powinien przyłączyć się do rozmowy.
- Przez błogie siedemnaście lat żyłem w niewiedzy - zaczął spokojnie, ostrożnie poprawiając się w fotelu - Aż do czasu - sarknął i pokręcił głową - Byłem wychowywany przez surowego ojca-wojskowego. Matka również nie umiała okazać mi wsparcia i uczucia. Szkoła podstawowa, liceum... To wszystko było odgórnie zaplanowane. Co będę robił, czym się interesował, jakich miał znajomych. Sami mnie szkolili na informatyka, a od tego już niedaleki krok by pozostać hakerem. Miałem zostać zwerbowany w dniu osiemnastych urodzin. W Stanach się obchodzi szesnaście lat, ale przecież takiego gówniarza by nie zwerbowali. Czekali aż skończę liceum, co przyśpieszyłem o rok. Wszystko, cały ich idealny plan szlag trafił. Ich prywatny Truman odkrył fortel, jak w filmie. Tyle, że to było nieco inaczej... - tu Daniel przerwał swoja historię by wziąć kilka oddechów. Co prawda zapewne tabletki zaczęły już działać ale to nie oznaczało, że nie będzie miał problemów z oddychaniem, zwłaszcza, że w przeszłości miał już uszkodzone płuco oraz złamane żebra i to z tej samej strony, co wówczas. 

Kiedy znów zaczął mówić, Tarren domyślała się, że tu dopiero zaczyna się właściwa opowieść.
- Moi opiekunowie zginęli w wypadku samochodowym na dwa tygodnie przed moimi urodzinami - oznajmił, wracając do opowiadania - Po ich pogrzebie, kiedy zostałem sam, poszedłem do gabinetu ojca i zacząłem przeglądać jego komputer. Jako haker nie miałem problemu z pokonaniem zabezpieczeń. Tak dowiedziałem się, że jestem adoptowany. A od kłębka do nitki, dowiedziałem się o rodzicach biologicznych i o Hetty - kolejny raz przerwał. Tarren spojrzała na swoją matkę, która miała posępny wyraz twarzy. Zapewne żałowała podjętych decyzji i tego, co spotkało Daniela. Tyle, że Tarren miał przeczucie, że historia tu sie nie kończy.
- Postanowiliśmy przyśpieszyć rekrutacje - wtrąciła Hetty, z goryczą w głosie.
- Potrzebowali informatyka i analityka. Hetty przyszła do mnie i poprosiła o pomoc. Powiedziała, że ma to związek ze śmiercią moich rodziców. Miał to być jednorazowy mój udział - wyjaśnił i uśmiechnął się kpiąco - Jednorazowy - powtórzył ostro.
- CIA wysłało zespół do Arabii Saudyjskiej – dopełniała opowieść Hetty, co chwila rzucając pojedyncze spojrzenia na zebranych – Cały zespół składał się z rekrutów. Dostali zadanie by przeprowadzić przez teren wroga jednostkę w bezpieczne miejsce. Zapewnić łączność, transport, wsparcie. Pokierować w odpowiednią stronę do kolejnego punktu kontrolnego – tu Hetty zawiesiła głos i z żalem dodała - Niestety, zostali zbombardowani przez samolot rebeliantów.
 - Jakich rebeliantów? – zaśmiał się Daniel – To wy nas zbombardowaliście! – oburzył się Wallance, unosząc gwałtownie z fotela – Wydałaś zgodę na zrzucenie pocisków na naszą kryjówkę! Widziałem TWÓJ podpis! – niemalże krzyczał, ledwie panując nad sobą i oskarżycielsko ręką wskazując Hetty. Tarren z przerażeniem słuchała jego słów i nie tylko ona. A Daniel, który już przestał kontrolować swoje emocje, kontynuował  – Na kilka sekund przed atakiem! Włamałem się do systemu bo coś mi nie pasowało. Straciliśmy kontakt z Centralą i sygnał z satelity a kiedy wrócił… było już za późno. Dlatego, że odkryłem czym tak naprawdę jest projekt Utopia, wydałaś wyrok na nas wszystkich! Jak mogłaś Hetty?! – zapytał z wyrzutem i zawodem w głosie.         


poniedziałek, 3 czerwca 2013

Rodzina part II

A/N: Droga Alexandretto na Twe życzenie spuszczam Wena ze smyczy :D Za efekty nie odpowiadam. Mojej Yarrow dziękuję za pomoc i burzę mózgów :* Mam nadzieję, że się spodoba ;)
ps. chyba mam jakieś zboczenie względem bliznowatych :P

** Chandni **




Przez miesiąc Tarren nie udało się niczego wyciągnąć od Hetty. Nie chciała również perfidnie pytać i od razu wyszukiwać informacji. Wolała by sprawa nico przycichła. Poza tym, ona sama była na zwolnieniu przez dwa tygodnie. Siedzenie w domu nie było jej ulubionym zajęciem, ale na szczęście mogła liczyć na zespół Callena oraz uczynność kilku innych swoich kolegów z OSP. Przeważnie działała w pojedynkę, chociaż czasami zdarzało się jej współpracować z jakąś grupą. Uwielbiała prace w OSP, natomiast pracy w DC zupełnie nie mogłaby znieść. Agenci z DC zawsze wydawali jej się bardziej biurokratami niż funkcjonariuszami. Co więcej, w pobliżu znajdowały się siedziby JAG czy FBI - nieustannie ktoś patrzył komuś na ręce. Tu miała znacznie większą swobodę. Co prawda wojsko nauczyło ją dyscypliny i przestrzegania zasad, ale to było wojsko - zupełnie inna historia.  
To był pierwszy prawdziwy dzień Tarren w pracy. W prawdzie przychodziła do pracy już od kilku dni, ale wcześniej zajmowała się papierkową robotą, której szczerze nienawidziła. Dziś od razu została przydzielona do zespołu Callena, co było jej na rękę, gdyż znała tych ludzi, szanowała ich i dobrze się z nimi rozumiała, szczególnie w akcji. I nie, nie miała romansu z G, chociaż był w jej typie. Znała go jeszcze zanim wstąpiła do NCIS i bardziej traktowała jak brata bądź bliskiego kuzyna.
Zatem Tarren postanowiła porozmawiać z Ericem odnośnie sprawdzenia Daniela Wallance’a. Jeszcze na zwolnieniu rozmawiała na ten temat z G i oboje stwierdzili zgodnie, że muszą działać ostrożnie. Trafiła akurat na Erica kiedy wychodził by ich zawołać. Rozejrzała się. Upewniwszy, że nie ma nikogo kto by ich podsłuchał lub obserwował, wcisnęła do kieszeni spodenek informatyka złożoną kartkę.
- Tylko ostrożnie – szepnęła, a na głos dodała – To co mamy?
Eric skinął głową i zagwizdał na resztę. Po chwili wszyscy już stali w pomieszczeniu przy dużym ekranie, wokół stołu interaktywnego.
- Major Jerry O’Donnel został napadnięty przez nieznanych sprawców podczas porannego joggingu. Kamery zarejestrowały całe zdarzenie – powiedział Eric i odtworzył filmik z zajścia.
- Co wiemy o majorze? – zapytał G, stojąc ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami.
- Czterdzieści pięć lat, rozwiedziony, bezdzietny. Przeglądałem jego akta; same pochwały. Nie było z nim raczej problemów. Mam jego adres zamieszkania. Jedyne, co zwróciło moja uwagę to to, że niedawno ktoś zmieniał jego akta w komputerze. Ktoś usunął jeden z plików;  udało nam się z Nell ustalić tylko tyle, że był to ściśle tajny plik, nie mamy pojęcia co w nim było.
- Chcesz powiedzieć, że ktoś całkowicie usunął ślad po pliku, do którego i tak nie miałbyś dostępu, bo nie masz takich uprawnień? – próbował zrozumieć Sam. Coś było nie tak z tą sprawą. Tarren zaczynała mieć złe przeczucia.
- Ostatnią osobą, która do niego dzwoniła był... - tu Eric zwiesił głos na chwilę i zmarszczył brwi. – Dwie osoby – poprawił się  i wyświetlił zdjęcia. Na jednym z nich widniał agent CIA, Darren Brynt, a na drugim, Daniel Wallance.
- Hetty? – powiedział G i wszyscy odwrócili się do kobiety. G i Tarren wiedzieli, że to wyraźnie zaalarmowało Hetty. Daniel pojawił się w USA po dziesięciu latach i jego przyjazd niewątpliwie wywołał całą zupełnie niezrozumiałą lawinę nieoczekiwanych następstw. Chyba, że to wszystko było w jakiś sposób powiązane z Mossadem, co wiele by wyjaśniało, ale nikt nie umiał wskazać rzeczonego powiązania.
- O której dzwonił pan Wallance? – zapytała rzeczowo Hetty, całkowicie ignorując pytające spojrzenia i werbalne prośby o wyjaśnienie.
- O’Donnel nie odebrał telefonu, więc Wallance nagrał się na sekreterę o czwartej trzydzieści, na pół godziny przed wyjściem majora na poranny jogging – odparła nieco niepewnie Nell.
- Puść nagranie – poleciła Hetty. Tarren i G bacznie obserwowali kobietę, rejestrując jej reakcje.


„Majorze O’Donnel, mówi oficer Daniel Wallance z Mossadu. Nie znamy się osobiście, ale łączy nas pewna stara sprawa. Musimy się spotkać. Jestem teraz w LA, zostanę kilka dni. Proszę o kontakt, to pilne.”


Usłyszeli nieco podenerwowany głos. Tarren zastanawiała się, co takiego mogło się stać, bo przecież kiedy go poznała robił wrażenie zimnego jak lód, opanowanego i pewnego siebie drania.
- Panie Hanna, panie Callen proszę pojechać do domu naszej ofiary i zobaczyć czy coś tam znajdziecie. Natomiast pan Deeks i pani Blye pojadą porozmawiać z agentem Bryntem – rozporządziła Hetty.
- A ja? – zapytała Tarren czując się pominięta.
Hetty zawahała się przez chwilę, lecz po namyśle dodała:
- Pojedziesz z panami do domu majora.
- Mam sprawdzić akta oficera Wallance? – zapytał Eric, zdziwiony, że Hetty o to nie poprosiła.
- Nie trzeba – odparła stanowczo i wyszła z pomieszczenia bez słowa.
- Co tu jest grane? – zapytał Deeks, przeczesując dłonią czuprynę.
- Cokolwiek to jest, nie podoba mi się to – odparła Kensi, a G zwrócił się do informatyków:
- Sprawdźcie tego Wallance’a i podeślijcie nam dane na komórki.
Po tych słowach wszyscy ruszyli do swoich przydzielonych czynności.


***

Kiedy podjechali pod dom majora, rozdzielili się. Tarren miała pójść od ogrodu, na tyłach domu, a Sam i G od frontu. Wtedy usłyszeli wystrzał z broni, więc rzucili się biegiem w stronę wejścia. Tarren miała nieco dłuższą drogę do pokonania i kiedy w końcu dotarła pod otwarte drzwi tarasowe, wyciągnęła broń i zaczęła się skradać. Usłyszała jeszcze jak G i Sam krzyczą ‘NCIS’, a po chwili, przez drzwi balkonowe, wybiegła postać, przewracając ją na stojące doniczki. Tarren rozpoznała Daniela bez problemu. Co on tu u licha robił?, pomyślała zrywając się na równe nogi. Sam i G wybiegli za nim i zaczęli go ścigać. Tarren pobiegła za nimi. Nie wybiegli za daleko, bo już przy furtce Sam rzucił się na Wallance’a tak iż obaj uderzyli z impetem o drewniane ogrodzenie. Daniel zamachnął się i uderzył Sama łokciem w twarz. G chciał interweniować, lecz Tarren zawołała go. Wallance wyglądał jak przerażone zwierzę schwytane w potrzask. Tak wyglądać mógł jedynie ktoś, kto obawiał się o swoje życie i był gotów o nie walczyć.
- Daniel? – zwróciła się do mężczyzny, powoli podchodząc z uniesionymi do góry dłońmi tak by je widział. Mężczyzna oddychał szybko i ciężko. Z rozciętej wargi płynęła krew. Białą koszulkę i drżące dłonie miał we krwi. Swe dzikie spojrzenie utkwił w niej, co Sam i G wykorzystali by go chwycić i zakuć w kajdanki. O dziwo nie szarpał się.
- Pójdziesz z nami – syknął złowrogo G.


***

Droga do siedziby OSP przebiegła w totalnej ciszy, przerywanej ciężkim oddechem Wallance. Tarren zmarszczyła brwi. Podczas drogi oddech powinien mu się unormować, ale z jakiegoś, nie znanego Tarren, powodu jego oddech wciąż nie normował się. Kiedy siedziała przy nim na tylnim siedzeniu, czuła jak napięcie z jego ciała emanuje. Widziała jak obserwuje każdy ich ruch – jej, jak i siedzących z przodu Sama i G – jakby czując się cały czas zagrożonym. Co tam u O’Donnela w domu się stało?, pomyślała.
Niestety, kiedy weszli do OSP G kazał jej iść do pokoju obserwacyjnego a sami zaprowadzili Wallance do pomieszczenia przesłuchań. W pokoju obserwacyjnym była już Hetty, Deeks, Kensi oraz Granger. Czyli sprawa poważna, pomyślała i skinęła na zebranych.  
- Nie zastaliśmy Brynta w jego domu, telefonu też nie odbierał – oznajmił Deeks, a jego mina zdradzała, że wiedzą, co się stało. Tylko ona nie była wtajemniczona, bo Sam i G jej nie powiedzieli. Domyślała się, że ktoś zginął w domu majora bo inaczej Sam i G nie uganiali się za Danielem.
- Z domu majora O’Donnela do naszego patologa przewieziono dwa ciała – oznajmił Granger – Agenta Brynta i Martina Lawrance.
- Eric i Nell szukają informacji na temat tego ostatniego – oznajmiła Kensi. Tarren czuła napięcie panujące w pomieszczeniu. Kensi i Deeks łypali spode łba raz na Grangera a raz na Hetty.
- Sądzicie, że to Wallance ich zabił? – zapytała na głos, pytanie, które ją samą nurtowało.
- A masz jakieś wątpliwości? – zapytał gniewnie Sam, który pojawił się wraz z G. Obaj agenci pozostawili ich podejrzanego w zamkniętym pomieszczeniu i przyłączyli się do nich. To była jedna z ich metod. Przytrzymać przeciwnika w niepewności i zmęczyć czekaniem na przesłuchanie. Tyle, że z jakiegoś powodu to nie podobało się Tarren. Nie mogła powiedzieć z jakiego. Spojrzała na ekran monitora. Daniel siedział za stołem, na krześle. Terren mogła bez problemu dostrzec, że ledwie utrzymuje na twarzy pusty wyraz i skupia się na oddychaniu. Widziała jak trzyma się za żebra.
Tarren oderwała wzrok od niego i spojrzała na Hetty, która również przypatrywała się ich podejrzanemu. I to, co udało jej się wyczytać z twarzy kobiety to, to, że była zaniepokojona i zmartwiona czymś.
- Zastaliśmy go z bronią wycelowaną w Brynta, który leżał martwy na podłodze w salonie, a w kuchni było ciało Lawrance. Bydle poderżnęło mu gardło - opowiedział Sam, przedstawiając fakty jakie zastali.
- Kiedy nas zobaczył, rzucił w nas bronią a następnie zaczął uciekać - dopełnił Callen zeznania Sama.
- Nie strzelił tylko rzucił? - Tarren zmarszczyła brwi nie rozumiejąc takiego postępowania.
- Może skończyła mu się amunicja? - zgadywał Deeks, wzruszając ramionami, lecz i on za bardzo nie chciał wierzyć w to, co mówi.
- Czy ktoś może mi powiedzieć co tu jest grane? – domagał się odpowiedzi Callan.
- Hetty, jeśli coś wiesz… - zaczął Hanna łagodnie.
- Mam swoje przypuszczenia – odparła spokojnie, lecz jakby ze zrezygnowaniem w głosie. Spojrzała na Grangera. Nawet on nie wiedział, co się dzieje.
- Herietto, byłbym wdzięczny gdybyś nam wyjaśniła – oznajmił stanowczo Granger. Tarren dostrzegła cień zrezygnowania u swojej matki. Jakby bolało ją opowiedzenie tego, co zaszło między nią a ich podejrzanym, Danielem Wallance.
Nie zdążyła jednak odpowiedzieć, gdy usłyszeli głos Daniela, dochodzący z plazmy. Mężczyzna patrzył wprost do kamery a jego twarz, przepełniona bólem, którego już nie ukrywał, wyrażała smutek, desperację ale i determinację.
- Hetty, musimy porozmawiać – powiedział, pierwszy raz zwracając się do Hetty po imieniu, czym wszystkich zaskoczył.  
- W rzeczy samej, musimy – westchnęła kobieta, po czym zwróciła się do Tarren i G – Zaprowadźcie go do lekarza, niego go opatrzy. Tam się spotkamy.


***

Weszli razem z Callenem do pomieszczenia przesłuchań, lecz nie zamknęli drzwi za sobą.
- Przysyła swoich pupili a sama nie ma odwagi przyjść? - zakpił ostro.
- Wstawaj - rozkazał ostro Callen.
- Nasz lekarz cię opatrzy - łagodniej, lecz stanowczo powiedziała Tarren - Tam się spotkasz z Hetty - dodała. Daniel spojrzał na nią a potem na G i posłusznie, lecz z ociąganiem wstał. Gdy tylko to uczynił, musiał się chwycić blatu stołu by nie upaść. Cały pobladł na twarzy, a kropelki potu wystąpiły na jego twarz. Niespodziewany i niekontrolowany jęk bólu wydobył się z jego gardła. Tarren wiedziała jak wiele wysiłku go kosztuje by nie pokazywać słabości, ale dupek cierpiał i potrzebował teraz pomocy. Nie ważne, czy zabił agenta CIA i drugiego osobnika w domu O’Donnela, czy nie. Uratował jej życie i była jego dłużniczką. Zatem chciała mu pomóc i chwycić pod ramię ale jego stanowcze i srogie spojrzenie powstrzymało ją przed uczynieniem tego. Ona nie miała nic do gadania, gdy miesiąc temu po prostu przerzucił sobie ją przez ramie, ale on mógł odmówić.
- Jak chcesz - uniosła ręce gniewnie w geście poddańczym - Tylko nie padaj na pysk gdy będziemy szli, bo ciągnąć to ja ciebie nie mam zamiaru po całej siedzibie OSP - zaznaczyła.
Daniel wyprostował się, a na jego wargach zatańczył lekki, drwiący uśmieszek. Posłusznie, eskortowany przez dwójkę agentów, ruszył znanym im kierunku. Kiedy dotarli na miejsce, Daniel niemalże słaniał się na nogach.
- Chcesz mnie zmiękczyć przed rozmową? - rzucił pogardliwie w stronę Hetty, lecz usiadł na wskazane miejsce - I do tego zabezpieczasz się świadkami, czy to aby na pewno bezpieczne? - powiedział, między jednym ciężkim oddechem a kolejnym.  
- Pozwól lekarzowi się obadać najpierw - poprosiła Hetty, jakby nie zwracając uwagi na wcześniejsze jego docinki.
- Nagle się o mnie troszczysz? - zakpił, ściągając koszulkę.
- Trzy złamane żebra, pełno siniaków - oznajmił lekarz, badając swojego pacjenta.
Tarren w ciszy przyglądała się temu. Na brzuchu Daniela widniała paskudna blizna, tuż pod żebrami z prawej strony.
- Muszę wykonać prześwietlenie i radziłbym wizytę w szpitalu, bo tu dokładnie nie mogę stwierdzić czy nie doszło do uszkodzenia lub odbicia któregokolwiek z organów. Z tego co widzę miałeś problemy już z płucami, prawda? - zalecił lekarza i zwrócił się do Daniela.
- Uszkodzone płuco, które następnie oklapło a potem pojawiła się odma płucna. Wprowadzony w śpiączkę farmakologiczną na siedem dni. Wybity bark, złamana ręka, wstrząs mózgu, pełno siniaków, zadrapań. Uszkodzona wątroba. Pręt przebił cało na wylot pod kątem czterdziestu pięciu stopni - wyjaśniła Hetty, czym zaskoczyła wszystkich, a najbardziej Daniela, który marszcząc brwi, spojrzał na nią podejrzliwie. Tarren jeszcze bardziej pragnęła poznać okoliczności poznania się Daniela z Hetty.
- Pan Cohen mi powiedział - odpowiedziała Lange.
- Wiedziałaś? Powiedział? - wykrztusił jakby nie dowierzając i czując się zdradzonym.
- Miał się tylko dowiedzieć czy wyjdziesz z tego - zapewniła go Hetty - Nie kazałam mu się tobą zajmować. Zrobił to sam, wymuszając bym przyrzekła, że nikomu nie powiem, że żyjesz i zostawię cię w spokoju.
- Cały Aman - zakpił, trzymając się kurczowo żeber - Nie mogę iść do szpitala - oznajmił, spoglądając na lekarza i Hetty.
- Dlaczego? - tym razem to Granger się odezwał, który bacznie obserwował i analizował sytuację.
- Hetty - Daniel drugi raz tego dnia zwrócił się do niej po imieniu - Oni likwidują wszystkich, którzy mieli jakikolwiek związek z Projektem Utopia.
Na te słowa Tarren miała wrażenie, że cała krew odpłynęła z twarzy Hetty.
- Mój Boże - szepnęła przerażona kobieta, zakrywając dłonią usta i kręcąc głową.        


 

piątek, 31 maja 2013

Rodzina

A/N: Wen przymusił mnie na napisanie czegokolwiek i powstało coś takiego. Co z tego będzie - nie wiem. Ale odnosi sie do NCIS LA. Jednak głównie będzie kręcić sie to wokół Hetty i moich dwóch bohaterów - Tarren i Daniela. Czy napiszę coś jeszcze - nie wiem. Możliwe, że to one-shot. Po prostu dałam Wenowi wolna rękę do pisania. Mam nadzieję, że się spodoba :)

** Chandni ** 


Pomieszczenie było niewielkie, obskurne, duszne. Dwa niewielkie, okratowane okienka znajdujące się prawie przy suficie dawały jedyne światło, lecz były zbyt małe by ktokolwiek mógł się przez nie przecisnąć. Chyba, że dziecko lub zwierze. Z sufitu dyndał kabel a przy nim rozbita żarówka. Przy ścianie, pod oknami leżały brudne szmaty, a na nich skulona postać. W powietrzu unosił się odór moczu, potu, wymiocin i krwi. Po posadzce biegały karaluchy i pająki. Na wprost leżącej osoby znajdowały się masywne drzwi, zamknięte od wewnątrz bez możliwości otwarci ich od wewnątrz. Na ścianie po lewej od drzwi widniały rozbryzgane, zaschnięte ślady krwi. Natomiast po prawej były zawieszone łańcuchy wraz z okowami. Osoba na posłaniu, z jękiem poruszyła się. Była to kobieta, na oko około trzydziesto-cztero letnia. Miała na sobie wyplamione spodnie i porwaną bluzkę khaki. Jej stopy były gołe i od razu można było zauważyć, że jej lewa noga w kostce była opuchnięta i posiniaczona. Z resztą nie tylko noga; resztę ciała tez miała zbitą na kwaśne jabłko, od ciosów zadawanych pasem skórzanym, biczem, ręką czy kastetem. Jej kasztanowe, kręcone włosy kleiły się do jej obolałej twarzy i przysłaniały ją. Nie miała siły odgarnąć ich z twarzy. Poza tym, wolała nie ruszać ich. Jedno oko miała tak opuchnięte, że ledwo na nie widziała. Wargę też miała rozciętą. Westchnęła ciężko, próbując przypomnieć sobie jak tu trafiła i ile dni już tu przebywa. Coś poszło nie tak… Tylko co? Jakim sposobem ktoś przechwycił informacje? Czy w OSP był przeciek? Tarren próbowała sobie wszystko poukładać w głowie, chociaż wszystko ją bolało. Przyjechała do Sudanu zaledwie tydzień temu i nawet nie zdążyła się dobrze rozejrzeć jak została porwana. Miała się spotkać z informatorem, ale zamiast niego przybyli ci jakże sympatyczni ludzie zamaskowani i uzbrojeni aż po same zęby ciężkim sprzętem. Miała zrobić rozeznanie w sprawie zabitego żołnierza i jego powiązań z handlarzami bronią z tych rejonów. Informator mówił coś o spisku przez telefon, ale nic więcej nie zdołała się dowiedzieć. Jej oprawcy również nie byli zbyt gadatliwi, za to lubowali się z biciu. Wiedziała, ze najgorsze – gwałt – dopiero przed nią. Skąd miała pewność? Jeden z oprawców ślinił się i dobierał już kilkakrotnie do niej, lecz jego szef na razie go powstrzymywał. Na razie.
Hetty nie będzie zadowolona, westchnęła na samą myśl o kobiecie, która była jej matką, co prawda adopcyjną, ale jednak. Hetty adoptowała ja gdy miała cztery lata i wychowywała jakiś czas. Potem Tarren pozostawała pod opieką ciotki Lilian. Lecz Hetty, która często znikała na kilka miesięcy, zawsze była obecna w jej życiu. I to ona zwerbowała ją do NCIS sześć lat temu, po tym jak będąc w wojsku nie dostała się do wywiadu marynarki wojennej. Zatem nie mogła uwierzyć, że ona, była wojskowa, dała się złapać w pułapkę. Ktoś musiało prostu zdradzić, tylko kto? I dlaczego Hetty nie wysyła odsieczy?, przebiegło jej przez myśli, Czyżby mieli w OSP problemy? Wiedziała, że jeśli cos pójdzie nie tak to ma przesrane, ale liczyła na to, że pomoc szybko nadejdzie. Jeśli dobrze pamiętała to G Callen był w Jemenie wraz z Samem Hanną i prowadzili inne dochodzenie. Zatem mogli ją odszukać, prawda? Chyba, że już ich nie było w kraju, tylko wrócili do Stanów. I jeśli tak to miała pozamiatane, bo nie wierzy by sama mogła się stąd wydostać, a nie wie, czy Hetty ma tu w pobliżu kogoś, kto mógłby ewentualnie wyciągnąć ją z tego szamba.

Nagle jej rozmyślania przerwał dziwny odgłos. Z tężała momentalnie nasłuchując. Znała ten odgłos. Był to odgłos nadciągającej kawalerii. Pomoc w końcu przybyła. Teraz coraz wyraźniej słyszała odgłosy walki i strzałów. Krzyki w nieznanym jej języku i dwie eksplozje. Ostrożnie, ostatkiem sił podniosła się do pozycji siedzącej. Jej oczy były utkwione w drzwi, które nagle otworzyły się z łoskotem i upadły z hukiem, wyrwane z zawiasów, na podłogę. W drzwiach nie stał żaden z agentów OSP. Nie był to też osobnik, którego mogłaby znać. Był wysoki i postawny, a połowę twarzy miał zasłoniętą arafatką, tak iż nie mogła rozpoznać rysów. Mężczyzna stał nieruchomo z bronią gotową do strzału, obrócił się w bok i robiąc miejsce drugiemu mężczyźnie, który wbiegł do pomieszczenia, chwycił ją i poderwał na nogi. Gdy tylko zauważył, że nie da rady iść, po prostu przerzucił sobie ją przez ramię.
 - Hej? – wymsknęło jej się. Nie miała pojęcia kim są ci ludzie i dokąd ją zabierają.    
 - Później – warknął osobnik niosący ją. Był nieco niższy od swego towarzysza i szczuplejszy, jednak nie oznaczało, że słabszy, czy że nie da rady jej unieść.
Zatem pozwoliła się wynieść z ciągu baraków w których była przetrzymywana. Następnie została niemalże wrzucona na tylne siedzenie jeepa. Mężczyźni szybko do niego wsiedli. Tarren zauważyła, że trzech mężczyzn wsiada do drugiego jeepa i czeka na ich sygnał.
 - Pani Lange nas przysłała – oznajmił mężczyzna, który ją niósł. Jak dziwnie brzmiało pani Lange. Na dodatek sposób w jaki je wypowiedział ów mężczyzna sugerowało, że nie pała sympatią względem Hetty.
 - Komu zawdzięczam ocalenie? – zapytała, próbując dowiedzieć się jak najwięcej.
 - Mossad – odparł drugi z mężczyzn, który kierował samochodem.
 - Jak mnie odnaleźliście i co ze sprawą? – dopytywała. Chociaż była zmęczona, głodna i obolała to chciała wiedzieć.
 - Pani Lange wszystko ci wyjaśni – oznajmił zimno, ten który ją niósł. Musiała im nadać jakieś ksywki, skoro nie chcieli się przedstawić. Nagle przypomniała sobie, że pierwsze co rzuciło jej się szczególnego u tego kolesia to oczy. Miał jasnoniebieskie oczy w ciemnej oprawie brwi. Wiec nazwie ich ‘Niebieskookim’ i ‘Brązowookim’. Wracając do ‘Niebieskookiego’ to idealnie mówił po angielsku, jakby był to ojczysty jego język. Nie miał ciężkiego akcentu jak jego kompan.

Resztę drogi przemilczeli. Tarren czuła ciężką atmosferę, jakby obaj mężczyźni byli ze sobą skłóceni ponieważ musieli wziąć udział w misji ratującej jej skórę. Wymieniali tylko między sobą zimne, a niekiedy gniewne spojrzenia, jakby w ten sposób się ze sobą komunikując i kłócąc. Tarren jednak była zbyt zmęczona by dłużej zwracać na nich uwagę. Chwilowy zastrzyk adrenaliny jaki pojawił się, gdy usłyszała strzały, opuścił ją. Ułożyła się zatem najwygodniej jak mogła na siedzeniu i postanowiła zdrzemnąć.

***

Po tym jak na lotnisku wojskowym została przebadana i opatrzona przez lekarzy, dano jej chwilę na szybki prysznic, przebranie się i zjedzenie. Następnie wraz z ‘Niebieskookim’ wsiadła do samolotu.
 - Lecisz ze mną? – zdziwiła się. Chciała co nieco dowiedzieć się o tym mężczyźnie.
 - Dyrekcja prosiła mnie bym odebrał informacje o delikatnej treści, które ma dla nas pani Lange – oznajmił sucho, nawet na nią nie spoglądając. Wydawał jej się zimny, nieczuły i zdystansowany. Pewnie Mossad go wyprał ze wszystkich uczuć podczas swoich morderczych szkoleń.
 - Nawet nie znam twojego imienia – zauważyła. Nie czuła się przy nim komfortowo. Po bliższym przyjrzeniu mogła spokojnie stwierdzić, że nie miał typowych azjatyckich rysów. Zatem Europejczyk lub Amerykanin, zgadywała. Był ubrany w czarne bojówki i szarą, przyległą do ciała koszulkę z krótkim rękawem. Zatem wiedziała, że trenuje, bo zdradzała go sylwetka. I był młodszy od niej, zdecydowanie młodszy, co najmniej sześć lat.
 - Bo się nie przedstawiłem – odparł, najwyraźniej lekko rozbawiony i jakby zastanawiając się czy jej powiedzieć – Daniel Wallance – w końcu się przedstawił. Tarren próbowała przypomnieć sobie czy gdzieś już nie słyszała tego nazwiska, czy nie obiło jej się o uszy, ale w chwili obecnej nie była w stanie.
 - Musiała być strasznie przyciśnięta skoro porosiła mnie o pomoc – odezwał się nagle. Spojrzała na niego zaciekawiona.
 - A to dlaczego?
 - Bo wie, że nie wychodzę często w teren – oznajmił, a gdy uniosła brew nie rozumiejąc uśmiechnął się lekko – Jestem analitykiem i informatykiem.
Tarren jeszcze bardziej podejrzliwie spojrzała na niego.
 - Dlaczego tak jej nie lubisz? – zapytała wprost.
 - Twojej matki? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
 - Wiesz? – zapytała zaskoczona. Kim u licha ten koleś jest?, przemknęło przez jej myśli. Poczuła się nagle zagrożona. Niewiele osób wiedziało, że Hetty ją adoptowała. Kiedy na niego spojrzała, posłał jej kpiący i pogardliwy uśmieszek. Jest hakerem, olśniło ją nagle, ale dlaczego uwziął się na Hetty?
 - Pani Lange popełniła kilka błędów – oznajmił tajemniczo.
 - Nikt nie jest święty – odparła oschle. Nie podobało jej się, że oczernia jej matkę.
 - Nie jesteś jedyna, Tarren – oznajmił i spojrzał na nią zimno – Ale to ona powinna ci powiedzieć. Jednak znając ją to przemilczy sprawę – dodał. Był opanowany i chłodny, spokojnie rozmawiając. Ani razu nie podniósł głosu. Był za coś wściekły na Hetty ale nie okazywał jawnie tego. A przynajmniej nie w mowie ciała. Nawet głosem za bardzo się nie zdradzał.
 - Tak, wiem, że oprócz mnie uratowała wiele dzieci, które teraz pracują w agencjach rządowych – oznajmiła sucho. Nie chciała również się zdradzić ze swych emocji.
 - Ale i komuś zniszczyła życie – oznajmił, odwracając od niej wzrok.
Tarren nie bardzo chciała wierzyć w jego słowa. W jaki sposób Hetty mogłaby komuś zniszczyć życie? Może Daniel próbuje zamieszać jej w głowie? Może Mossad go nasłał na nią by odwróciła się od NCIS, albo nawet została podwójną agentką.
 - Chcesz zemsty? – zapytała nagle. Rozejrzała się a potem utkwiła spojrzenie w nim, bojąc się jakby niespodziewanego ataku. Jednak nie spodziewała się tego. Daniel po prostu roześmiał się, jakby powiedziała jakiś ekstra śmieszny żart.
 - Zemsty? – zachichotał, po czym spoważniał lekko – Jedynie czego chcę to by zostawiła mnie w spokoju i zapomniała, że w ogóle istnieję – oznajmił szczerze, a potem dodał ucinając dalszą rozmowę – Powinnaś się przespać, okropnie wyglądasz.

***

Dopiero kiedy wysiedli, zauważyła, że Daniel ma ze sobą czarną skórzaną kurtkę, którą włożył zaraz po przylocie. No tak, różnica temperatur. Tam przyzwyczaił się do upałów. Zdziwiła się jednak, gdy niespodziewanie podszedł i narzucił jej na ramiona drugą kurtkę, tyle że materiałową.
 - Dzięki – szepnęła i znów się zdziwiła, gdy wziął ja pod rękę i pomógł dojść do samochodu. Całkowicie zimnym draniem to on nie jest, pomyślała. Czekały na nich dwa samochody z agentami NCIS, których ona nie znała. Droga do tajnego biura przebiegła w totalnym milczeniu. Obserwowała jak Daniel wygląda przez szybę. Jego twarz nie zdradzała jednak emocji. Musiał się na prawdę dobrze maskować.
 - Mieszkałeś tu, prawda? – zapytała nagle, gdy zobaczyła jak zamyka dłoń w pięść. Co tu się wydarzyło? Co Hetty miała z tym wspólnego?, te pytania natrętnie przelatywały jej przez myśli. Wiedziała, że jak tylko wróci zapyta Hetty, a jeśli ona nie będzie chciała rozmawiać, to poprosi Eryka by wyszukał wszystkich informacji na temat Daniela Wallance.
Wiedziała też, że Hetty nie lubi się prosić o pomoc, zwłaszcza osób, którym zaszkodziła. Stosunki na linii NCIS-Mossad nie były zbyt przyjemne po śmierci dyrektora David, zatem to był kolejny powód dla, którego ciężej było pewnie Hetty prosić o przysługę i wymianę informacji.

Kiedy dotarli do siedziby OSP dało się wyczuć ciężką atmosferę. G i jego zespół przywitali ją ciepło, Hetty również okazała radość z jej powrotu, lecz po chwili zniknęła w swoim gabinecie wraz z Danielem. Tarren potrzebowała pretekstu by tam do nich wejść i chyba wyczuł ją Callen bo dał jej znać by tam po prostu weszli.
 - To informacje, o które prosili mnie twoi przełożeni – oznajmiła formalnie Hetty i przekazała mu spora teczkę oraz przedmiot wyglądający jak pendrive.
 - Musiało cię to sporo kosztować, co? Zadzwonienie do mnie i poproszenie o pomoc – rzucił, zdając sobie sprawę z tego, że nie są już z Hetty sami.
 - Wiedziałam, że pomimo wszystko pomożesz – oznajmiła otwarcie.
 - Skąd ta pewność? – rzucił jej wyzywająco. Siedział wygodnie w fotelu i wpatrywał się w Hetty zimnym i stanowczym spojrzeniem. Jednocześnie wydawał się być nonszalancki w swoim zachowaniu.
 - Bo chociaż w przeszłości cię skrzywdziliśmy, to jednak jesteś dobrym człowiekiem. Nie chcesz by tamto zniszczyło ci życie. Nie chcesz być do nich podobny – oznajmiła spokojnie Hetty.
Daniel uśmiechnął się lekko i uniósł lewą brew do góry. Dopiero teraz do Tarren dotarło, że jest przystojnym mężczyzną i nieco przypomina agenta CIA, Adama Hunta. Nagle Tarren olśniło. Hunt mógłby być jego ojcem! Czy o to właśnie chodziło? Czyżby Daniel nie dał się zwerbować?
Daniel wskazał dokumenty i wstał.
 - To odbieram jako współpracę między agencjami – zaczął, po czym przeszedł na hebrajski – Ale zgłoszę się do ciebie odebrać matczyny dług – z tymi słowami opuścił pomieszczenie.
 - Hetty? – zapytała osłupiała Tarren. Udało jej się zrozumieć jego słowa.
 - Czasami człowiek błądzi w swoim życiu – to były jedyne wyjaśnienia jakie uzyskali od Hetty, która również wyszła ze swojego gabinetu, pozostawiając zaskoczonych i zdezorientowanych agentów samych.

***


Kiedy Tarren w końcu ułożyła się spać, czuła się wymęczona i miała głowę pełna mętliku. Jednocześnie czuła się bezpiecznie bowiem na kanapie w salonie spał G. A przynajmniej miała nadzieję, że śpi na kanapie a nie na podłodze. Zamknęła oczy. Chciała przestać myśleć. Po kolejnej dawce leków przeciwbólowych wiedziała, że to niedługo nastąpi. Ale zanim pozwoliła by otchłań snów pochłonęła ją zupełnie, obiecała sobie, że dowie się, co spotkało Daniela Wallance i jaki to miało związek z Hetty.              

sobota, 25 maja 2013

Tiva cz. 12 i ostatnia

A/N: no, udało mi się w końcu napisać ostatni rozdział w tym opowiadaniu. Wen strasznie niedomaga :( Nie wiem, co mu się stało. Mam nadzieję, że się spodoba :) Znów będzie rodzinnie :) Chyba trzeba gdzieś po psocić, bo cukierkowo się zrobiło :P 

** Chandni **



Nie widziała jeszcze Tony’ego tak zapracowanego, jak w chwili obecnej.  Z samego rana pojechali do sklepu meblowego i o dziwo, od razu kupili gotowe meble do salonu i kuchni. Była tym zaskoczona, ponieważ będąc w ciąży stała się bardziej wybredna i wymagająca, a nie chciała wspominać, że bardziej niezdecydowana. Na dodatek Tony popierał jej wybory, dlatego łaskawie pozwoliła wybrać mu wygodny narożnik, fotele i zestaw stereo wraz z pięćdziesięciu dwu calowym telewizorem. Część mebli oczywiście przewieźli ze swoich mieszkań, ale to były pojedyncze rzeczy. Udało im się również dobrać farby do pokoju dziecięcego, ich sypialni i jadalni, ponieważ kuchnie i salon Tony już rano zdążył pomalować, czym zaskoczył Zivę bardzo.

 Późnym popołudniem mieli przyjść Carterowie, Barrowmanowie, Tim, Abby, Gibbs i Syriusz na małą parapetówkę. Goście obiecali przynieść jedzenie, wiedząc, że oni jadą po pierwsze meble. Chociaż jeden problem miała z głowy. Ziva usiadła i podziwiała jak Tony morduje się ze złożeniem regału na filmy DVD. Wolała mu nie przeszkadzać, a poza tym, ten widok był bezcenny.
 - Jak będziesz się tak bawił, to do jutra nie skończysz – powiedziała, uśmiechając się słodko. Tony spojrzał kwaśno na nią i już zamierzał coś odpowiedzieć stosownego, gdy nagle bez ceregieli tłum ludzi wpakował się do ich mieszkania.
 - Co jest grane, kochanie? – Tony spojrzał na gości, ledwo utrzymując regał.  
 - Wyglądasz żałośnie, DiNozzo – roześmiał się Gibbs, który wraz z Syriuszem trzymali coś okryte kocem.
 - Gdzie dziecięcy? – zapytał Syriusz. Zdezorientowana Ziva, zaprowadziła przybyłych do pokoju, który miał niebawem zostać pokojem dziecięcym.
 - Nie pomalowane, tak jak myśleliśmy – westchnął Gibbs i obaj z Syriuszem postawili na korytarzu tajemniczy przedmiot.
 - Zatem to zadanie dla nas – zza pleców usłyszeli Susan i Selenę – Damy znać jak skończymy – zapewniły i zamknęły się w pokoju.
Kiedy tylko Ziva wróciła na dół z Gibbsem i Syriuszem, panowie na dole właśnie testowali sprzęt stereo, który zamontowali. Regał stał już zapełniony płytami, narożnik i inne meble zostały ustawione. Dywan na swoim miejscu, żyrandole i lampy też. Abby i Tim rozpakowywali pudła z napisem ‘salon, książki’, ‘salon-dodatki’. Tony, Ianto, Nathan testowali sprzęt na przykładzie Jamesa Bonda.
 - A ci już się dorwali – westchnęła żartobliwe Ziva.
 - Jedzenie jest w kuchni. Wyrobiliśmy się i stwierdziliśmy, że pomożemy przy organizacji – oznajmiła radośnie Abby.
 - Skoro tak… - Ziva niebezpiecznie uśmiechnęła się i spojrzała jak łowca na swą zwierzynę na Nathana i Shardiffa.
 - No to mamy przechlapane – oznajmił Ianto, głośno przełykając ślinę – Miło było poznać – wymienił uścisk dłoni z Nathanem.
Obaj wyglądali jak po zderzeniu z walcem; posiniaczeni, zmęczeni ale uśmiechnięci.
 - Już oberwaliśmy od naszych kobiet, nie wystarczy? – zapytał niewinnie Nathan – Będziemy grzeczni – dodał, lecz za plecami skrzyżował palce.
 - Nie, jakoś wam nie wierzymy – dodała ostro Abby, która podeszła i objęła Nathana w pasie – ciebie to trzeba dożywić – stwierdziła stanowczo.
- Ciocia Abby się tobą zajmie – zakpił Tony, lecz szybko pożałował bo po chwili Gibbs go pacnął w tył głowy.
 - Dziękuję, Gibbs – powiedziała Abby, puszczając Nathana z objęć.
 - Dziewczyny zamknęły się na górze – zaczęła niepewnie Ziva, bojąc się tego, co zastanie jak wejdzie do dziecięcego pokoiku.
 - Spokojna głowa – zapewnił ją Ianto – Plastyczne zdolności to one mają.
Kiedy wszyscy usiedli wygodnie, zapadła dziwna cisza.
 - Jutro pogrzeb Alexa – zauważyła Ziva, która przez kilka dni nie miała czasu na myślenie o tym. Jednak teraz wróciły wyrzuty.
 - Nie mogłaś wiedzieć. Ryzyko zawodowe – uciął ten temat Ianto.
 - A poza tym, dopadliśmy drania dzięki wam – zaznaczył Gibbs – Chociaż złamałaś zakaz chodzenia w teren – przypomniał jej ostro.
 - Taki właśnie jest problem z dziećmi, nie słuchają – zauważył Syriusz, wymownie spoglądając na Nathana.
Nathan, Ianto i Tony siedzieli na dywanie ze zwieszonymi głowami jak chłopcy karceni przez surowych rodziców. Jednak na ich twarzach malowały się psotne uśmieszki, zamiast powagi.
 - Nie zostawia się żony bez uprzedzenia, na dodatek po takich przeżyciach jakie obie z Zivą i maleńkim DiNozzo miały – Ziva uśmiechnęła się słysząc jak Abby karci Nathana.
 - Wiem – westchnął Nate i przygryzł wargę – Gdyby była inna możliwość… ale nie było i musiałem to zrobić bez nadzoru – wyjaśnił spokojnie i utkwił swe jasne spojrzenie w Zivie, jakby chcąc jej coś przekazać.
 - Pomożesz mi w kuchni? Przyniesiemy jedzenie – zaproponowała Ziva i oboje z Naathanem oddalili z pokoju nim ktokolwiek zdołał się odezwać.
 - Pomogło – zauważyła Ziva, rozpakowując z reklamówki sałatkę. To było widać już wczoraj. Pomimo pozostałości po walce i zmęczeniu, Nathan wydawał się… inny. Chociaż Ziva nie mogła tego stwierdzić na sto procent bowiem nie znała wcześniej Cartera. Ale widziała te chochliki igrające w jego oczach i lekkość w poruszaniu się, jakby został uwolniony od ogromnego ciężaru.
 - Zawsze pozostanie w nas ta obawa przed ponownym złapaniem, poniżeniem, bólem, podporządkowaniem – oznajmił wykładając jedzenie na talerz – Ale nie możemy obracać się ciągle prze ramię.
 - To nas zniszczy i zniewoli – przyznała mu rację Ziva.
 - Życie stworzyło nas silniejszych i musimy to wykorzystać – stwierdził i podszedł do Zivy – Dziękuję, że byłaś przy Susan, gdy ja musiałem…
 - Walczyć o siebie – dokończyła Ziva, kładąc dłoń na jego barku – Nigdy więcej tego nie rób – poprosiła stanowczo – Wiedziałam jaką siłę ma rodzina, ta nie z krwi, ale teraz jeszcze mocniej odczuwam jej obecność.
 - Możemy mieć wiele twarzy, wiele tożsamości ale rodzina jest zawsze blisko nas i zna nasze prawdziwe oblicze. Przed nimi nie powinniśmy się ukrywać. Zwłaszcza przed sprawdzonymi osobami, które skoczą za nami w ogień – powiedział, wymownie wskazując głową salon.
 - Powinniśmy wracać, bo wyślą ekipę poszukiwawczą – zaśmiała się Ziva.
 - Oh, tak. Poszli do kuchni i przepadli. Jak w czarnej komedii – zaśmiał się Nathan.
 - Oj, Tony mógłby przytoczyć kilka filmów z tym motywem – stwierdziła rozbawiona Ziva. Dopiero teraz jej wzrok padł na odsłonięte przedramiona Cartera. Ziva delikatnie wzięła jego prawy nadgarstek.
 - Nie myślałeś…
 - By je usunąć? – odgadł bezbłędnie – Wielokrotnie. Tyle, że one zawsze pozostaną w mojej pamięci. Są wyryte tu – wskazał lewą dłonią na swoją głowę – oswoiłem się z nimi. Skoro Susan nie przeszkadzają… A poza tym, niektóre są zbyt głębokie na to by je usunąć laserowo, a szczerze, to już mam dość na jakiś czas szpitali – wzruszył ramionami.
 - Zaginęliście tu, czy jak? My już pokój wymalowały i głodne przyszłyśmy a wy nadal tutaj – do kuchni weszła Susan uśmiechając się – Gibbs i Syriusz ustawiają prezent.
Chwycili za półmiski i zanieśli do salonu. Nathan wrócił jeszcze po szklanki, podczas gdy Ziva wspięła się do pokoju na górze. Kiedy weszła, aż zakręciły jej się łzy. Trzy ściany miały bladoniebieski kolor, a jedna granatowy. Na niej były namalowane gwiazdy i księżyc. Na pozostałych ścianach namalowane były zwierzątka. A na środku pomieszczenia stało białe, ręcznie robione przez Gibbsa, łóżeczko dziecięce.
Ziva odwróciła się i wyściskała Selenę, Susan i Gibbsa. To był wspaniały prezent.

***
Kiedy już zjedli i uprzątnęli, ponownie zasiedli w salonie.
 - To co, macie imię? – zapytała Zivę i Tony’ego Selena.
 - Em… właściwie to… - zaczął Tony, spoglądając na Zivę i czochrając się po włosach.
 - Tony, jeśli nie masz nic przeciw, to chciałabym nazwać naszego syna po dwóch mężczyznach, którym zawdzięczamy życie – oznajmiła nagle Ziva, gładząc się delikatnie po brzuchu.
 - To miło z twojej strony, ale… - zaczął Ianto, lecz Nathan wszedł mu w słowo:
 - Samuel Asim DiNozzo.
 - Samuel? – zdziwili się zebrani.
 - No co? Syriusz, Susan nie żartujcie, że nie wiedzieliście, że na drugie mam Samuel – odparł zaskoczony Nathan.
 - Tak często go używasz, że wiesz… - wypomniał mu Syriusz, uśmiechając się ironicznie.
 - Samuel Asim DiNozzo, podoba mi się – stwierdził Tony – Samuel jak Samuel L. Jackson,  jak…
 - TONY!


Pół roku później.

Tony ułożył małego powrotem do łóżeczka, które zrobił im w prezencie Gibbs, po czym wrócił do łóżka. Ziva właśnie kończyła brać prysznic. Stanęła przed lustrem i spojrzała z duma na obrączkę, którą od niedawna nosiła na palcu u lewej ręki. Na całe szczęście jeszcze nie pozabijali się z Tonym. A niebawem Ziva zacznie nową pracę w wydziale szkoleniowym NCIS, głównie jako instruktor samoobrony. Ubrana w pidżamę wyszła z łazienki i spojrzała na swoich dwóch mężczyzn. Byli normalną, amerykańska rodziną. Żałowała, że jej ojciec i Tali nie doczekali tego. Ale cieszyła się, że mały Sam ma dużą, troskliwą rodzinę.
 - Carterowie wrócili już z tego rejsu? – zapytał nagle Tony. Za zgodą wicedyrektora Whiteninga, wysłali tych dwoje w rejs statkiem.
 - Przecież ci mówiłam – odparła Ziva, obracając oczyma i wzdychając – Miesiąc temu.
 - Bo dostałaś wiadomość od Susan i nie, nie wiem, co to za wiadomość – oznajmił od razu zaznaczając, że nie odczytywał jej prywatnych wiadomości. Zaciekawiona Ziva podeszła do stolika nocnego i chwyciła za komórkę.
 - Dobre wiadomości? – zapytał Tony, przysuwając się do niej, kiedy aż usiadła z wrażenia – Co, sprawili sobie prezent i wrócili we trójkę? – dopytywał.
 - W czwórkę – poprawiła go Ziva – Będą mieć bliźniaki – Ziva uśmiechnęła się, odpisała szybko i położyła się obok Tony’ego.
 - My mamy wiele roboty przy małym Sammym, a co dopiero oni będą mieć przy dwójce? – westchnął Tony, gładząc ją po głowie – „Bliźniacy” z Danny DeVito i Arnoldem Schwarzenegger’em. Jak myślisz, kochanie?
W odpowiedzi, po pokoju, rozległ się cichy chichot.  
      

             

Robaczkosy

 Witajcie kochani po długiej przerwie :) Nie mam pojęcia czy ktoś z Was jeszcze tu zagląda tak z przyzwyczajenia lub zwykłej ciekawości lub ...