poniedziałek, 3 marca 2014

Prosty gest

A/N: Wen ma używanie - sorry, a może i nie bo w końcu Tiva ff :) Oneshot pod wpływem Teen Wolfa. Kolejny smutny - mam nadzieję, że się spodoba (tak, tak, nie spodoba) Ale wiecie o co chodzi. 

** chandni **





Tony położył dłoń na jej dłoni i ten gest w zupełności wystarczył; mówił jej wszystko, co w tej chwili chciała usłyszeć. W ich relacji słowa nie były tak ważne jak czyny. Tego nauczył ich ich szef – wielki Leroy Jethro Gibbs. W tej chwili ten gest mówił Zivie jak jest ważna dla Tony’ego i co do niej czuje oraz, ze zawsze może liczyć na jego pomoc. Niczego innego nie potrzebowała i nie oczekiwała. Wracali właśnie z podróży służbowej z Berlina do Navy Yardu. Tony zatrzymał samochód na czerwonym świetle. Ich rozmowa była dość prywatna i szczera. Ale tak naprawdę to liczył się ten jeden mały, zwykły, prosty gest. Ten wyjazd udowodnił ponownie, że na Tony’ego mogła zawsze liczyć. Czuła się przy nim bezpiecznie. I zatańczyła z nim – z prawdziwym mężczyzną swojego życia. Miała nadzieję, że uda jej się to powiedzieć Tony’emu w odpowiednim momencie, gdy poukłada swoje życie.
Tony ruszył powoli na zielonym świetle. Ziva odwróciła głowę a potem usłyszała krzyk Tony’ego i ten specyficzny trzask uderzanego auta o ich samochód, gniecionej karoserii, tłuczonego szkła.   
Następnym co pamięta Ziva, co przywróciło ją do świadomości to dźwięk strzałów. Kiedy podniosła głowę, zrozumiała, co się działo. Napastnik przedziurawił zbiornik paliwa w ich samochodzie i czekał aż wycieknie odpowiednia ilość paliwa by móc rzucić niedopałek papierosa bądź zapaloną zapałkę. Ziva musiała działać szybko. Tony leżał na kierownicy i nie ruszał się.   Z jego czoła ściekała stróżka krwi.
- Tony – szarpnęła za ramię partnera – Musimy uciekać! – krzyknęła przerażona. Chwyciła za swój pas i skrzywiła się, gdy jej rękę przeszył przenikliwy ból. Nie zważając na niego, odpięła pas i wyskoczyła z samochodu. Musiała wydostać     z wraku Tony’ego. Napastnik nie czekał już dłużej; swym SUV’em podjechał     i rzucił niedopałek papierosa, w momencie, gdy Ziva mocowała się z drzwiami od strony kierowcy.  
 - Obudź się wielki śpiochu! – ofuknęła go Ziva, kiedy udało jej się otworzyć drzwi – DiNozzo, koniec spania! – krzyknęła zrozpaczona David. Kończył im się czas. Zaraz samochód wybuchnie. Nie mogła pozwolić by przez nią zginął jej ukochany. To nie tak wszystko miało się potoczyć. Usłyszała pisk opon i po chwili poczuła czyjeś ręce odciągające ja od swojego partnera.
 - Proszę uciekać, auto zaraz eksploduje! – kierowcą, który przejeżdżał tą drogą, okazał się być funkcjonariuszem policji, który dopiero co skończył swoja dzisiejszą służbę.
 - Nie zostawię go! – krzyknęła David, szarpiąc partnera. Tony na chwilę jakby odzyskał przytomność. Uniósł głowę i rozejrzał się. Po chwili dotarła do niego groza całej sytuacji.
 - Zabierz ją stąd! – rozkazał mężczyźnie, sam próbując wyswobodzić się z pasów, które się zacięły – Zivo, uciekaj! – rozkazał. W jego oczach dostrzegła ostrość polecenia starszego stopniem, a zarazem miłość, którą do niej czuł.
 - Nie – szepnęła David, gdy policjant odciągnął ją od samochodu, który po chwili eksplodował.    
 - TONY! – Ziva zawyła z bólu. W przeciągu niewielkiego odstępu czasu straciła dwie bardzo ważne osoby w jej życiu. Jak ona teraz będzie dalej żyć, skoro jej dusza właśnie umarła?

niedziela, 2 marca 2014

Decyzja

A/N: Nico/Syriusz. Wiem. Mam wrócić do pozostałych opowiadań i do NCIS ale w chwili obecnie mam zryty system przez Teen Wolf i potrzebuje się rozładować. Niestety psychodelka TW udzieliła się mojemu Wenowi. Musicie wybaczyć mu takie fiki jak ten. Bo obawiam się, że jeszcze jakiś może się pojawić. I grrr... Word mi się zawiesił i musiałam od nowa. KRWI! Shardiff się obudził!


** Chandni **


Wysiadł z samochodu i spojrzał na ponure mury budynku. Deszcz siąpił z ciemnych, masywnych chmur cały dzień, jakby jednocząc się z nimi w bólu i dopasowując się do ich nastroi. Obaj wiedzieli, że to jedyne rozsądne wyjście   z tej sytuacji. Byli tylko oni dwaj. Nie chciał by inni wiedzieli od razu bo tylko próbowaliby go odwieźć od tej decyzji; zapewniali, że nie ma potrzeby by to robił, że jest inne wyjście. Ale on wiedział, że tak trzeba; że tam będzie mu dobrze, będzie miał odpowiednią opiekę, leki a przede wszystkim spokój i bezpieczeństwo. Nawet Syriusz nie był przekonany do końca o słuszności tej decyzji ale Nico zapewniał go, że to tymczasowo dopóki nie wyzdrowieje; że właśnie tego potrzebuje - surowego, ascetycznego życia w ośrodku umieszczonym na uboczu, wśród przyrody na dodatek prowadzonym przez zakonników na obrzeżach Castel Gandolfo gdzie papieże odpoczywali podczas swych pontyfikatów. To była jego najbardziej świadoma decyzja, nie podjęta pochopnie lecz po długim namyśle jaki tylko miał zważywszy na swój stan psychiczny. Niestety cena jaką płacił za ocalenie miliardów istnień była za wysoka dla niego do uniesienia. Wiedział, że musi to zrobić, chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że zrani wiele bliskich mu osób - ojca, Susan, swoich przybranych braci i pozostałe bliskie mu osoby czy to z uczelni, z Watykanu oraz innych poznanych niedawno poznanych ludzi, którzy pomagali im podczas tej misji. Ale wiedział, że jeśli zostanie to zrani ich jeszcze bardziej. Tu nie było miejsca na dyskusje. Z wariatem się nie dyskutuje, zakpił szorstko     w myślach. Ale tak właśnie było. Jego umysł nie wyzdrowiał; był w ciąż uwieziony pomiędzy dwoma światami. W jego głowie były uwiezione dwie osoby - on i średniowieczny Nathan. Nie potrafił zapanować nad naporem wspomnień, myśli i informacji. Czuł się jakby miał chaos medialny. Do tego dochodziły ataki paniki, leku, szalu i migreny, nie wspominając już o tym, że jego świeże blizny często niemiłosiernie rwały nieprzyjemnym, niemal agonalnym bólem. Był wyczerpany tą walką.

***

Szedł późnym popołudniem na sesje terapeutyczną. Za oknami wisiały ciemne, burzowe chmury. Korytarz był ponury i cichy. Nathan poprawił bluzę, która mu zsuwała sie z ramienia; była zdecydowanie za duża jak na niego. Ale obecnie nie dbał o to; z niewiadomego powodu zrobiło sie zimno a gdzieś na piętrze gwałtownie trzasnęło, otwarte przez wiatr, okno. Niemal grobową cisze  przerwał tym razem niespodziewany grzmot. Nathan aż stężał i zatrzymał się. W chwili obecnej doświadczał pewnego rodzaju deja vu, co przyprawiło go o gęsią skórkę. Może jednak zostanie tutaj nie było aż tak dobrym pomysłem? Przecież był odcięty od całego świata a przede wszystkim od swoich bliskich, którzy jednak w pewien sposób działali na niego pozytywnie. Odwrócił się nagle na dźwięk czyichś kroków za jego plecami i zamarł na widok przyjaciela, który stał w zakrwawionym ubraniu i patrzył oskarżycielsko na niego.
- André? - ledwie wykrztusił. Po korytarzu rozniosły się słowa, których nie zrozumiał, jakby były przez coś zagłuszane. Widział jak przyjaciel porusza ustami ale dźwięk do niego jakby nie docierał. Ruch z prawej sprawił, że obrócił się i zobaczył zakrwawioną Susan wyciągającą do niego rękę. Ona też coś do niego mówiła ale nie mógł zrozumieć słów. Próbował podbiec do niej, zapytać się co tu robi i co się stało ale nie był w stanie. Jego nogi nagle jakby wrosły w podłoże. Spojrzał w stronę Andre ale jego już nie było, a dopiero gdy i Susan zniknęła za drzwiami, mógł wykonać wreszcie jakikolwiek ruch. Pobiegł w stronę drzwi, przez które przeszła jego ukochana i chwycił za klamkę, jednak nie mógł ich otworzyć.
- Co, Nathanie, nie masz wystarczająco siły? - zakpił nagle Ian. Dlaczego właściwie jego mógł słyszeć? I skąd tu nagle wzięło się tyle drzwi? Ian również był zakrwawiony a z jego twarzy nie znikał kpiący uśmiech. W końcu jednak drzwi, z którymi się Nathan mocował, otworzyły się. Mężczyzna nie namyślając się wbiegł do pomieszczenia lecz Susan tam nie było. Były tylko kolejne drzwi; a raczej tuzin drzwi.
- Co jest grane? - jęknął, nerwowo czochrając obiema dłońmi włosy. Co tu się wyprawiało?!
To przestawało mieć jakikolwiek sens. Serce waliło mu okropnie, a omal nie wyskoczyło z piersi kiedy jedne z drzwi otworzyły się. Podszedł do nich i w ciemnym pomieszczeniu dostrzegł sylwetki leżące na podłodze w kałużach krwi. Schylił się by odwrócić pierwszą osobę, która niewątpliwie była kobieta leżąca plecami do niego a twarzą zwrócona do mężczyzny znajdującego się obok.
- Chryste! - krzyknął, wymawiając imię Mesjasza swojego, ale to po prostu było zbyt przerażające. Aż z wrażenia usiadł na podłodze zakrywając sobie ramieniem twarz. Na podłodze leżeli jego rodzice a ich ciała były zmasakrowane. Ledwie powstrzymał się przed zwymiotowaniem.
- Nathanael! Nathanael! - obiło się echem po budynku. Nathan zerwał się z podłogi i wybiegł z pomieszczenia rozglądając się dookoła. Rzucił się na pierwsze drzwi i szarpnął. O dziwo klamka przekręciła się a drzwi otworzyły. Wbiegł zatem i omal z impetem nie runął na schody prowadzące w dół. W ostatniej chwili chwycił się poręczy bo spadłby. Zbiegł po schodach i zobaczył uchylone drzwi jakby od lochów. Na dole było jeszcze chłodniej niż na górze a w powietrzu unosił się dziwny zapach. Dziwny chociaż dla Nathana znajomy. Był to zapach krwi i rozkładanego ciała. Zajrzał do pomieszczenia znajdującego się za drzwiami i z przerażeniem chwycił się framugi by nie upaść. Jego żołądek znów zbuntował się i tym razem zwymiotował na widok zmasakrowanych zwłok swoich przybranych braci. Nagle czyjaś ręka chwyciła go za bark. Gdy odwrócił się, stanął twarzą w twarz ze swoim koszmarem. Żylasta dłoń Jugodina ścisnęła go mocno i mężczyzna bez problemu pociągnął Nathana za sobą w głąb korytarza.
Nathn szarpał się i wyrywał aż w końcu udało mu się uwolnić, lecz nie na długo.
 - Musisz się uspokoić Nathanie – powiedziała lekarka, która go przyjęła do ośrodka. W jej dłoni złowrogo błysnęła szczypawka z igłą, która po chwili wbiła się w jego kark.

***

    Kiedy się obudził leżał na łóżku w niewielkiej Sali operacyjnej, a jego ciało oświetlała specjalna lampa jak do zabiegów. Miał na sobie tylko spodnie dresowe, a ręce, nogi i brzuch skrępowane miał skórzanymi pasami. To nie dzieje się naprawdę, próbował sobie wmówić. Jego horror znów się powtarzał. Czy to była specjalna terapia szokowa dla niego? Wątpił w to. Był to zbyt drastyczne i zbyt realne. Może był pod wpływem jakiegoś narkotyku? Szarpnął ciałem ale pasy ciasno trzymały go w uwięzi. Rozejrzał się by zobaczyć czy ktoś jest z nim w pomieszczeniu i jęknął na widok wszystkich bliskich mu osób. Jego rodzice, przybrani bracia, André, ojciec Rafael, Susan, agenci, którzy brali udział w misji, Modo, Daniel – oni wszyscy stali dookoła stołu, na którym leżał i wpatrywali się surowymi, chłodnymi spojrzeniami w niego.
 - Pomocy! – próbował krzyknąć ale jedynie wychrypiał, czym wywołał jedynie kpiące uśmiechy na twarzach zebranych. Do pomieszczenia wszedł Jugodin, zespół lekarzy z Elizabeth na czele oraz Santhez.
 - Mówiłem jak bardzo chcę zajrzeć ci do głowy i oto jest okazja – oznajmił lekko podekscytowanym głosem Jugodin – Ale najpierw zacznę od czegoś innego. Na wszystko teraz będzie czas – zapewnił z obłudnym uśmiechem.
 - Proszę, nie – wiedział, że błaganie tu na nic się nie zda. Nie rozumiał co się działo, przecież szedł na terapię a skończył ponownie jako obiekt tego szarlatana.
Jugodin podszedł do niego i pogładził po skroni.
 - Szszsz… mój mały. Wież, że to nieuniknione – oznajmił Jugodin, przypinając pasami jego głowę. Następnie Elizabeth podała mu ustnik i elektrody. Nathan doskonale wiedział co się szykuje.
 - Liz, błagam, nie rób tego – łzy przerażenia zaczynały spływać mu pa policzkach, gdy Jugodin umieszczał na jego głowie i klatce piersiowej elektrody. Nikt jednak nie zamierzał mu pomagać; wszyscy stali i czekali jakby na egzekucję. Nathan zaczął się szarpać i krzyczeć ale to nie miało sensu – nie miał szans by się wyswobodzić. Jego usta nagle zostały zatkane przez specjalny ustnik, który zawsze wkłada się podczas terapii elektrowstrząsowej. Krzyk przemienił się w przeszywający jęk. Nathan nie mógł uwierzyć, że bliskie mu osoby stały tu i nie ruszyły nawet palcem by mu pomóc. Zamknął oczy i błagał w myślach by to nie działo się naprawdę; by okazało się koszmarem sennym, z którego lada moment się wybudzi. Ale zamiast tego poczuł niemiłosierny ból rozsadzający mu czaszkę, gdy jego głowę przeszył prąd. Krzyk uwiązł mu  w gardle, serce wyrywało się z piersi a całe ciało drżało w agonii. Nie był  w stanie myśleć, ale również nie był w stanie odpłynąć w niebyt. Jugodin dopiero się rozgrzewał.

***

 - Nathan, Nathanie! – ktoś wołał go po imieniu i klepał delikatnie w policzek. Kiedy otworzył oczy zorientował się, że leży na zimnym korytarzu.
 - Cco? – wydukał.
 - Zemdlałeś – oznajmiła zatroskana lekarka – Nie stawiłeś się na zajęcia wiec się zaniepokoiłam i ruszyliśmy cie szukać. Jak się czujesz?
Marszcząc brwi, ostrożnie rozejrzał się. Niczego nie rozumiał. Zemdlał? Ale jak? Przecież przed chwilą Jugodin…
 - Nathan? – dopytywała się zatroskana lekarka.
 - Co? Nie wiem – szepnął, nie rozumiejąc. Wiec to jednak nie działo się naprawdę? Odetchnął z ulgą i pozwolił by pielęgniarz pomógł mu wstać   i pozwolił odprowadzić się do pokoju. Położył się na łóżku i usnął, zmęczony koszmarem jaki przeżył.

***

Obudziło go bardzo jasne światło. Osłaniając ramieniem twarz, uchylił powieki i zamrugał. Kiedy obraz przed oczyma wyostrzył się tak iż rozpoznał miejsce, w którym się znajdował, zerwał się na równe nogi. Właśnie przeżywał drugi koszmar. Znajdował się w zamkniętym, miękkim pokoju; pokoju, którego się bał i nienawidził. Który oznaczał jedynie, że z jego głową jest bardzo źle i nie ma z niego wyjścia. Bał się takiego zamknięcia. Podbiegł do drzwi, w których było niewielkie okienko i zaczął z całej siły walić pięściami.
- Ratunku! Halo! Jest tu ktoś?! – krzyczał – Wypuście mnie stąd! – domagał się, ale nikt nie przychodził. Nathan jeszcze kilkakrotnie uderzył w drzwi po czym oparł się o nie zrezygnowany. Bał się odwrócić. Zacisnął pięści  i przycisnął je do oczu. Czuł jak włoski na karku jeżą mu się, jak panika zaczyna wkradać się w jego ciało i umysł. Jak ściany zaczynają się poruszać. Był sam, czego zawsze się obawiał – opuszczony przez wszystkich. Ta świadomość sprawiła, że ze świstem nabrał powietrze do płuc i nie mógł go wypuścić. Zaczynał się dusić. Opadł na podłogę drżąc na ciele.


***


 - Nathan – znów ktoś go budził i ponownie leżał ale tym razem na łóżku w pokoju, który zajmował. Cały był spocony na ciele i drżał jak w febrze. Znów był rozkojarzony i nie wiedział, co jest prawdą a co sennym koszmarem. Pobyt w tym miejscu nie był dobrym pomysłem.
 - Masz gościa – usłyszał nagle głos lekarki. Kiedy kobieta wyszła, do jego pokoju wszedł Syriusz. Nathan rzucił się na niego i chwycił jak tonący deski ratunkowej.
 - Błagam, zabierz mnie stąd – wyjęczał rozhisteryzowany.
 - Zabrałbym cię… ale… – zaczął Syriusz. Nathan podniósł na niego spojrzenie. Jego brat wyglądał okropnie. Miał podkrążone z niewyspania, czerwone od łez, oczy. Był szary na twarzy i tak zarośnięty jak jeszcze Nathan go nigdy nie widział. I schudł – Oh, Nico… - łzy popłynęły z ciemnych oczu Syriusza – Dlaczego to zrobiłeś?
 - Co zrobiłem? – zapytał z przerażeniem. Co takiego zrobił, że jego brat nie chciał zabrać go do domu?
  - Dlaczego jesteś tylko wytworem mojej wyobraźni? – zadał kolejne pytanie Syriusz, delikatnie dotykając jego policzka.
 - Jak to twojej wyobraźni? Syriuszu? – przeraził się, nie rozumiejąc. Syriusz odsunął się od niego i ruszył w stronę okna.
 - Syriuszu, co się stało? – domagał się odpowiedzi i jęknął gdy zobaczył jak ubrany jest jego brat – Nie… - dotarło do Nathana, że to nie on był w zakładzie tylko Syriusz. Ale co się stało? W jaki sposób? Dlaczego nie pamiętał niczego?
 - Bo nie chcę byś pamiętał – oznajmił oschle Syriusz, zamykając oczy.
 - Ale czuję – przyznał Nathan. Te uczucia których doświadczył podczas swoich koszmarów – strach, przerażenie, lęk utraty bliskich i samotności, panika, ból, smutek, rozpacz… Czuł to wszystko, ale nie pamiętał sytuacji. Nie rozumiał dlaczego Syriusz tu się znajdował. Co takiego się stało, że tu był? I jak długo… No właśnie, co?
 - Kiedy? – zapytał ze ściśniętym gardłem.
 - Od pół roku – szepnął Syriusz wpatrując się w szare niebo za oknem – Umarłeś pół roku temu, Nico. Przepraszam cię braciszku.
 - Za co? – łzy spłynęły po jego policzkach.
 - Zawiodłem wszystkich, zawiodłem ciebie – przyznał z goryczą w głosie – Zabiłem cię.

        

środa, 29 stycznia 2014

Męska rzecz - Shardiff/Nico part2



A/N: Udało się napisać 2 część przygód chłopaków. Zostawić ich samych tylko na chwilę :D Krainę lodu polecam - Olaf <3 
Mam nadzieję, że się spodoba :)
Miłego czytania. Rozdział DV na dniach :)

** Chandni **


Waszyngton, DC – trzy dni wcześniej

Spojrzał na zegarek. Miał jeszcze chwilę nim jego gość przybędzie. Rozejrzał się po dużym mieszkaniu a raczej apartamencie; dwa pokoje, salon, łazienka, kuchnia-wszystko czego trzeba trzyosobowej rodzinie. Duże i przestronne w dobrej lokalizacji Waszyngtonu pomiędzy tymi w których półtora roku temu każde z nich z osobna mieszkało. Znaczy ich dwójka bo Jasmine jeszcze niespełna rok temu była w brzuchu swojej mamy. A właśnie, Jasmine! Jego córka grzecznie bawiła się zabawkami w kojcu. Opieka nad nią była dla niego jednocześnie przyjemnością jak i sporym wyzwaniem. Dobrze, że w swojej pracy nauczył się cierpliwości i opanowania. Czasami miał wrażenie, że jego córka celowo chce go sprowokować i wyprowadzić z równowagi, przy okazji przyprawiając o zawał. A to był dopiero początek; przecież jeszcze nawet roku nie ma skończonego, a co dopiero gdy będzie nastolatką? Wolał, dla własnego bezpieczeństwa, nie myśleć o tym.
Z zamyślenia wyrwało go radosne gaworzenie a kiedy spojrzał w stronę kojca, mała próbowała wspiąć się po drabince po zabawki, które wyrzuciła na zewnątrz, lecz jedynie niezdarnie oklapywała na pupie. To jednak nie zniechęciło jej. Znów zaczęła się wspinać .
-I, że niby co ja z tobą mam? Mała Agu-agrr-babu - z tymi słowami podszedł i wyciągnął ją z kojca, gdy zadzwonił dzwonek - Przydałby się słownik – westchnął -  Zobaczymy jak wujek sobie poradzi - zaśmiał się pod nosem obłudnie. Niech się wujaszek wprawia, prychnął w myślach i gdy tylko otworzył drzwi, przesłodko i złowieszczo się uśmiechnął.
- Co zmalowaliście? - zapytał Nathan od razu na widok jego miny, niepewnie wchodząc i patrząc podejrzliwie na Ianto a potem na Jasmine.
- My? - zapytał niewinnie, po czym uśmiechnął się podstępnie.
- Tia… - westchnął Nathan przewracając tylko oczyma - Już ja cię znam.
- Widzę, że jeszcze w jednej całości jesteś - zauważył Ianto, z nutą kpiny w głosie – Coś do picia?
 - Sok – odparł jego gość uśmiechając się do gaworzącej Jasmine – Dlaczego nie miałbym być… - zaczął lecz Ianto tylko wymownie na niego spojrzał – No dobra – przyznał, drapiąc się po wciąż krótkich włosach – Codziennie rano po wizycie w toalecie  wyklina mnie.
 - Standard, zobaczysz przy porodzie – zaczął Ianto podając mu sok. Obaj mężczyźni udali się do salonu. Mała Jasmine usiadła na kolanach taty, lecz szybko wyciągnęła rączki w stronę nowego przybysza – Po drodze czeka cię wyklinanie narodu męskiego za opuchnięte nogi, duży brzuch, nabrzmiałe piersi, bóle w plecach i rozpychanie się dziecka po jej wnętrznościach – kontynuował słodkim tonem – Następnie, gdy dotrwacie w jednym kawałku do tego jakże upragnionego dnia, to będzie cię mordować w myślach i wskrzeszać przez cały poród, ale cię nie zabije bo przecież nie ma zamiaru męczyć się sama z twoim dzieckiem. Zmiesza cie z błotem i powie, że następnym razem to wypchaj się i sam rodź jak chcesz kolejne dziecko – zakończył z dziką satysfakcją obserwując reakcję towarzysza.
 - I mówisz mi to z uśmiechem kota Cheshire – Nathan spojrzał na niego jak osoba czekająca na wyrok; przerażona i wciąż niedowierzająca w to co się dzieje – Nie lubię cię – stwierdził, dąsając się. Mała Jasmine właśnie dobierała się do jego dekoltu, naciągając jego koszulkę i z zaciekawieniem przypatrując się i badając długą, wypukłą, różową bliznę.
 - A lubiłeś? – prychnął Ianto nie przestając się obłudnie uśmiechać.
 - Jeszcze przed chwilką – przyznał Nathan, z rozbawieniem obserwując poczynania małej, która go łaskotała.
 - A co? Oczekiwałeś może wsparcia? – zakpił Barrowman, upijając łyk, drugiej już kawy.
 - Solidarność plemników i te sprawy… wiesz, łudziłem się – odciął się Nathan, robiąc głupią minę i rozśmieszając Jasmine.
 - Nie potrzebujesz tego, bo sobie poradzisz – stwierdził pewnie Ianto – Jak po tamtym?
 - O dziwo lepiej – przyznał Nathan, zerkając na przyjaciela – Dopiero co odstawiłem leki, ale jest dobrze – uśmiech potwierdził jego słowa – Wciąż nie dociera do mnie, że będziemy mieć dziecko. Będę tatą – powiedział dumnie, spoglądając na Ianto. Barrowman uśmiechnął się. Nico, jak mało kto, zasługuje właśnie na takie szczęście. Wiedział, ze poradzi sobie i będzie świetnym ojcem, bo skoro on ze swoją przeszłością sobie radził to dlaczego nie Nico. Widział zdecydowaną poprawę u Nico; ale to już wcześniej zaobserwował – podczas wspólnych treningów.  Ianto wciąż nie mógł uwierzyć, że Nico świetnie daje sobie z nim radę podczas sparingów. To zawzięty, upierdliwy, niezmordowany szczeniak, pomyślał z rozbawieniem.
 - Oj, tak – przytaknął Ianto obserwując jak jego córka podskakuje na kolanach Cartera – To wspaniałe uczucie, takie całkiem nietypowe dla mnie – wyznał.
 - Serio? – zakpił Nico, posyłając mu szydercze spojrzenie.
 - Po utracie bliskich – zaczął ciężkim, głębokim tonem głosu – Nawet nie przyszło mi przez myśl założenie własnej rodziny. To nie wchodziło w grę przy moim byłym zawodzie.
 - Nie dziwię się i zarazem rozumiem – odparł Nathan, trzymając Jasmine pod pachami. Mała radośnie podskakiwała i gaworzyła – Słownik by się przydał, co? – zaśmiał się.
 - No panie mądraliński, znasz tyle języków, że nie mów, że masz problem – sarknął Ianto, krzyżując silne ramiona na piersi.
 - Ej, no wiesz… to wyższy poziom wtajemniczenia – odparł niewinnie Nathan, po czym dodał – Po tamtym półmroku też nie sądziłem, że założę rodzinę. Nie sądziłem, że będę normalnie funkcjonował – rzucił cynicznie i pokręcił głową – Ale gdybym zrezygnował z moich marzeń i planów to tylko bym pozwolił by moi oprawcy wygrali, a na to nie mogłem pozwolić.
 - Kto jak nie my, co? – zażartował Ianto.
 - Ale przymulamy – odparł Nathan i poderwał się z wygodnego fotela, na którym siedział. W radio zaczęła lecieć taneczna muzyka, wiec zaczął wywijać z Jasmine, która zanosiła się śmiechem.
 - Jak miło widzieć, że masz tyle niespożytej energii – uśmiechnął się chytrze Ianto.
 - Ustaw się w kolejce – odparł niewinnie Nico – Jestem tak rozchwytywany, że… - wzruszył ramionami, po czym zrobił samolocik z Jasmine.
 - A właśnie, ta konferencja w… - zaczął temat Ianto.
 - El Dorado – rzucił Nathan.
 - No właśnie – Ianto zmarszczył brwi i łypnął podejrzliwie na Nico.
 - Spokojnie, Złotego Miasta nie mam zamiaru szukać – uspokoił go – To tylko sympozjum naukowe.

El Dorado, Wenezuela – kilka godzin wcześniej

 - Sympozjum naukowe – prychnął Ianto, gdy zobaczył reakcję Nico na wieść, że mieszkańcy El Dorado są terroryzowani przez Horatio Oreiro; wielką szychę, który dorobił się na nielegalnych interesach, wyzyskiwaniu pracowników, praniu brudnych pieniędzy, handlu żywym towarem i bronią – czego oczywiście policja nie mogła mu udowodnić, bo miał ich w garści. Ponoć Oreiro prowadził, na swojej ogromnej posiadłości, niewielki burdel.
Nathan spojrzał na niego wymownie. To nie wróży niczego dobrego, westchnął ciężko, dlaczego zgłosiłem się na ochotnika jechać?, podrapał się po głowie, nie rozumiejąc. Chociaż odpowiedź była prosta jak drut.
 - Spróbuj mu powiedzieć ‘nie’ – westchnął załamując ręce i człapiąc za Carterem, zdając sobie sprawę z tego, że zaraz wpakują się w poważne kłopoty.

***
Nie pomylił się, kłopoty pojawiły się i to błyskawicznie, gdy wprosili się do rezydencji Oreiro. Facet, grubo po pięćdziesiątce tłuścioch z mania wielkości, od razu nie spodobał się Ianto. Nico zamiast udać się do łazienki, o której możliwość skorzystania poprosił, udał się na myszkowanie po rezydencji, co nie spodobało się właścicielowi. Ianto nie stawiał oporu – taki był plan Nico; jeśli to można było nazwać planem. Natomiast Nico odkrył w jaki sposób dziewczyny były zmuszane do podłości i ponizania – były upajane gazem rozweselającym, który wypaczał u nich lęk, strach i fakt iż były wykorzystywane. Wmawiano im, gdy były pod wpływem, że same tego chcą. Zostali przeszukani, pozbawieni wszystkich rzeczy osobistych, zaprowadzeni do niewielkiego baraku na krańcu posiadłości, po drodze mijając wspominany burdel, przywiązani do krzeseł i pozostawieni sam na sam.
Teraz Shardiff siedział i męczył się ze sznurami, słuchając opowieści Nico. Po chwili jednak dotarło, że Nico nie mówi ale…
 - …mam tę moc, mam tę moc, wyjdę i zatrzasnę drzwi! Mam tę moc, mam…
 - Nico? Czy ty właśnie śpiewasz – zapytał w momencie, gdy udało mu się rozerwać sznury. Obrócił się ostrożnie by zobaczyć w jakim stanie jest jego towarzysz.
 - Tak, a co? – zapytał niewinnie i z rozmarzonym westchnieniem; najwyraźniej gaz rozweselający do końca nie przestał działać. W chwili ciszy Shardiff dosłyszał strzały i krzyki. Upragniony dźwięk, którego wyczekiwał niecierpliwe. Na terenie prywatnej posiadłości Oreiro siłą był przetrzymywany doktor Nathan Carter, współpracownik FBI oraz agent NCIS, Ianto Barrowman. Interpol nie miał problemu z wkroczeniem na teren celem wyswobodzenia dwóch obywateli Stanów Zjednoczonych, a dodatkowo miał pretekst do sprawdzenia całej posiadłości. Dowody teraz same się sypały jak asy z rękawa.  Plan był iście sprytny.
 - Czy wiesz, że odsiecz przybyła? – zadał kolejne pytanie, pomagając Nico rozwiązać ręce.
 - Tak, a co? – odparł przesłodkim głosem.
 - Nico, dobrze się czujesz? – zapytał z nutą zatroskania i stanął na wprost rozbawionego Cartera. Nico właśnie cytował Olafa z bajki Kraina Lodu, a wcześniej śpiewał refren piosenki z tejże bajki.
 - Tak, a co? – Nathan spojrzał na niego niewinnie i delikatnie się uśmiechnął.
 - To po co była ta akcja z nożem, skoro odsiecz tak szybko przybyła? – zapytał spoglądając na niego podstępnie.
 - Bo nie lubię mieć rąk skrępowanych sznurem? – zapytał lekko piskliwym głosem i wzruszył ramionami. Na jego wargach zatańczył rozbrajający uśmiech.
Jak oni się teraz wytłumaczą swoim żonom i przełożonym?
Shardiff westchnął zrezygnowany i przewrócił oczyma.
 - Jesteś jeszcze gorszy niż DiAngelo – stwierdził gorzko. W co on się właściwie wpakował zaprzyjaźniając się z Carterem?
 - Aha, ale za to mnie kochasz – odparł zarozumiale, wyszczerzając się w szelmowskim uśmiechu.        



sobota, 11 stycznia 2014

Męska rzecz - Shardiff/Nico part1

A/N:  Witam w Nowym Roku! Wen trochę kaprysi, więc dałam mu pisać co chce. Jako, że uwielbia tych dwóch to postanowiłam napisać kolejnego crossa Nico/Shardiff. Miało być krótko ale wyjdzie jak zwykle ;)

Wielkie podziękowania dla Sfory, która podesłała kilka pomysłów :* Będzie i akcja i pieluchy ;)

Miłego czytania, a kto chce miniaturkę Tivy lub do NCIS to niech pisze w komentarzach temat to może się pomyśli ;)


** Chandni **




El Dorado, Wenezuela



Pomieszczenie było niewielkie i obskurne. Tak po prawdzie był to zbity z dykt barak. W środku znajdowało się kilka starych urządzeń, chwiejąca się ława oraz akumulator z doczepionymi drutami. Na środku, na odwróconych do siebie plecami krzesłach, siedziało dwóch mężczyzn.  Jeden z nich był ubrany na czarno. Po jego śniadej karnacji spływał pot, podrażniając tylko zadrapania na ciele. Miał krótkie, kruczoczarne włosy i ciemny mocny zarost. Mrocznym spojrzeniem lustrował od swojej strony pomieszczenie, co chwila fukając słysząc chichranie od strony swojego towarzysza. Drugi mężczyzna był ubrany na jasno; w bawełniane brązowe spodnie oraz koszulę lnianą. Również miał krótkie włosy, tyle że blond. Obaj mężczyźni mieli skrępowane sznurem ręce za swoimi plecami, co było niewygodną pozycją, zważywszy iż za plecami jednego zaraz siedział drugi, tak iż stykami się dłońmi.
Shardiff westchnął ciężko i obrócił głowę by spojrzeć na młodszego towarzysza. Sytuacja, w której się znaleźli nie była zadowalająca, a jego kompan chichotał  w najlepsze.
- To bardzo poważna sytuacja – powiedział ostrym tonem głosu, pragnąc by jego towarzysz uspokoił się i spoważniał.
- Wiem – odparł śmiejąc się, jakby powiedział mu jakiś dobry kawał – Ale czuję się jak bohater telenoweli – zarechotał – Nierozważni i mało romantyczni, odcinek tysiąc czterysta ósmy.   
- Nico, co oni ci dali? – Shardiff w końcu zadał nurtujące go pytanie. Normalnie jego kompan by się tak nie zachowywał. Gdyby Shardiff miał rozwiązane ręce to, ze zrezygnowania i załamania jego zachowaniem, pacnął by się w policzek. Tymczasem pozostało mu jedynie wziąć jedynie głęboki, uspakajający oddech.
 - Nie wiem, ale jest zajebiste – wychichrał, opierając głowę o bark Shardiffa – Sufit pływa – stwierdził, a Shardiff tylko zaklął pod nosem.
 - Gaz rozweselający – Shardiff postawił diagnozę niczym lekarz specjalista.  
 - Masz fajny, wygodny bark – oznajmił nagle Nico, który nie mógł przestać się śmiać. Z jednej strony był wdzięczny za to, że ‘poczęstowali’ go gazem rozweselającym. Przynajmniej sytuacja nie przerastała go za bardzo. Nie lubi być związany i niezdolny do działania. Na szczęście gaz działał na niego pozytywnie; nie odczuwał lęku i było mu błogo i do śmiechu. Ale zdawał sobie, że ta przyjemność niebawem się skończy i zrobi się bardziej groteskowo. Zatem postanowił działać.
 - Że to niby ma być komplement? – zapytał go Shardiff, marszcząc gniewnie brwi. Próbował wyswobodzić ręce ale dobrze ich skrepowali i na ich nieszczęście przeszukali ich i zabrali Shardiffowi broń oraz nóż. Zabrali im nawet zegarki.  W pewnym sensie jednak cieszył się iż Nico był znieczulony gazem rozweselającym. Po przejściach jakie miał cztery miesiące temu, taka przygoda mogła odbić mu się czkawką.  A powtórki z Damaszku to Shardiff nie chciał mieć.
 - Przepraszam – zaczął temat. Wolał utrzymać rozmowę na jakikolwiek temat, by nie przytłoczyła ich sytuacja.
 - Za co? – kiedy Shardiff spojrzał na Nico, mężczyzna unosił pytająco jasne brwi, wciąż trzymając głowę na jego barku.
 - Obiecałem Susan, że będę pilnował cię przed kłopotami – przyznał Shardiff, zwieszając głowę.
 - W takim razie ja też przepraszam, bo obiecałem Selenie, że nie sprowadzę kłopotów na ciebie – powiedział nieco poważniejszym głosem Nico.
 - To im się nie spodoba – przyznał Shardiff i aż syknął na widok wściekłych ich partnerek.
 - Nie tylko im – westchnął ciężko Nico, podnosząc głowę z barku Shardiffa i całkiem poważniejąc.
 - Syriusz?
 - Syriusz – przytaknął, krzywiąc się przy tym. Już w uszach słyszał wściekły głos swojego przybranego brata – Uważa, że jestem magnesem, który przyciąga kłopoty – oznajmił.
 - Się nie dziwię – stwierdził z rozbawieniem Shardiff. Na serio, dzieciak przyciągał kłopoty jak mało kto.
 - Hej! – obruszył się Nico.
 - Co ‘hej’? To ty chciałeś grać bohatera – przypomniał mu Shardiff.
 - Ah, to u mnie normalne, że chcę ratować świat – stwierdził niewinnie Nico.
 - Ta, i wpakować nas przy okazji w piękne szambo – rzucił z wyrzutem Shardiff.
 - Ale przecież ty to lubisz – Nico zauważył trafnie i lekko zaśmiał się. Powoli środek przestawał działać.
 - Nie zwalaj na mnie i nie udawaj niewiniątka – zaatakował go nieco Shardiff – Syriusz powinien przełożyć cię przez kolano – dodał szorstko.
 - Ej, dzieci będą głupie – zaprotestował Nico, ale Shardiff miał racje. Jednak nawet spranie mu tyłka nie przyniosłoby rezultatów. Taki już był.
 - Wara od moich przybranych bratanków – naskoczył na niego Shardiff.
 - Bratanków – prychnął zadowolony Nico, szczerząc się w szerokim uśmiechu, na co Shardiff przewrócił tylko oczyma. Shardiff miał już pozamiatane. Dzieciak wchodził do krwiobiegu. Mężczyzna aż zaśmiał się pod nosem. Stracił biologiczną rodzinę ale teraz dostawał członków rodziny nie biologicznej aż z nawiązką. Zdziwił się jednak iż tak szybko dopuścił do siebie Nico. DiAngelo potrzebował więcej czasu by zdobyć sobie zaufanie Shardiffa, natomiast Nico zajęło to zaledwie jedno spotkanie.
Z własnych myśli został wyrwany przez dziwne odgłosy.
 - Uspokoisz się wresz… - zaczął lecz nie skończył, uderzony gwałtownym ruchem ze strony Cartera, który z całej siły wbijał się w jego plecy, a jego głowa wisiała praktycznie na jego barku. Z językiem wystawionym z boku warg i zmrużonymi oczyma wyglądał dość komicznie - Czy ty leżysz na moich plecach? – zapytał po chwili.
 - Aha, sięgam po nożyk – wysapał, nie przestając się wiercić i wydawać dziwnych odgłosów. Shardiff zmrużył oczy nie rozumiejąc za bardzo.
 - Jaki nożyk? – zapytał lekko zirytowany zachowaniem Cartera. Czyżby dzieciak miał halucynacje? O jakim nożyku on bredzi, skoro dokładnie ich przeszukali?
 - Ostrze – oznajmił jakby to była najbardziej oczywista rzecz, a następnie puścił oczko do niego - A teraz bądź tak łaskaw i odchyl się nieco bo dosięgnąć nie mogę – poprosił.
Shadriff, co prawda niechętnie, ale zrobił jak go proszono. Było mu niezmiernie gorąco w tych czarnych ciuchach. Dlaczego właściwie nie posłuchał Nico i nie ubrał lżejszych i jaśniejszych? Bo za bardzo przyzwyczaił się do ciemnych kolorów, które jeszcze bardziej podkreślały jego mroczność. Miał nadzieję, że w ten sposób odstraszy rabusi czy innych przestępców. Zapomniał jednak, że towarzyszy Nico, który przyciąga kłopoty jak magnez.
 - Ooo tak, właśnie, jeszcze troszkę – paplał Nico – Następnym razem zapisze się na jogę.
 - Przeszukali nas – Shardiff przypomniał tylko oczywistą rzecz. Było mu nieco niewygodnie i ciężko pod ciężarek Cartera; a raczej ciężarem Cartera i jego krzesła, które niemiłosiernie wpijało mu się w plecy.
 - Aha – rzucił jakby w powietrze – Modo pracował dla Piątki.
 - I co w związku z tym? – dopytywał, nie bardzo dostrzegając związek.
 - Rany – tym razem to Nico obruszył się na zachowanie Shardiffa – Upał zaszkodził ci na myślenie czy jak? – fuknął, lecz po chwili wytłumaczył – A to, że szpiedzy noszą w podeszwach swoich butów różne niespodzianki, jak nożyki lub nadajnik GPS. Powinieneś to wiedzieć.
 - Dla przypomnienia, to byłem płatnym zabójcą a nie szpiegiem – obruszył się Shardiff, jednak w głębi ducha sam siebie skarcił. Nico miał rację. Powinien gdzieś przeszmuglować nożyk lub coś innego przydatnego. Jednak jadąc z Nico na konferencję nie spodziewał się, że wpadną w tarapaty. Chociaż jego intuicja podpowiadała mu, że coś się święci.
 - A jednak – westchnął Nico. W ciągu pięciu lat pracy dla Icarusa nauczył się, że musi być przygotowany na każdą ewentualność. Nie zawsze będzie mógł liczyć na pomoc agentów, a poza tym lubi czuć tę satysfakcję, kiedy sam o siebie zadba.  
 - Więc, niczym James Bond, masz w bucie ostrze nożyka? – kontynuował rozmowę Shardiff. 
 - Aha, ale McGyver ze mnie żaden i nie wyczaruję ci z niczego bomby – oznajmił i zawołał radośnie - Mam!
 - To dlatego uparłeś się by ubrać te buty. Spryciarz – Shardiff zaśmiał się nieco.
Nico powoli poprawił swoja pozycję na krześle.
 - Ludzie kochani – sapnął, gdy zakręciło mu się w głowie. Zamknął oczy i wziął kilka oddechów. Cały był spocony, a ręce drżały mu niemiłosiernie, tak iż wystraszył się, że może upuścić nożyk – Po tym przyda mi się długi masaż – oznajmił jakby dla rozluźnienia atmosfery – Podam go tobie – powiedział.
 - Kej – odparł Shardiff – Kiedy ja będę męczył się ze sznurami, ty przypomnij mi jak my właściwie się tu znaleźliśmy – rozkazał, biorąc od Nico ostrze nożyka i zabierając się za swoje sznury. Wiedział, że adrenalina i gaz rozweselający wypompowały Nico, tak iż teraz nie będzie w stanie działać, ale musiał go czymś zająć. Miał tylko nadzieję, że Nico nie będzie miał jakichś nieprzewidzianych nawrotów PTSD. Dzieciak dopiero co odstawił leki.
 - Shardiff, jeszcze za wcześnie na bajkę na dobranoc – zaśmiał się Nico. Dobrze, że zamknęli ich w jasnym pomieszczeniu na dworze a nie w ciemnym w jakimś budynku, bo by zaczął panikować. Na duchu podnosiła go świadomość, że nie był w tej całej sytuacji sam, tylko był przy nim Shardiff, a i miał nadzieję, że kawaleria nadciągała.
 - Zrób mi tę przyjemność – poprosił łagodnie Shardiff, obracając się do towarzysza i perfidnie uśmiechając.     

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wesołych Świąt!



 A/N: Świąteczne życzenia a wraz z nimi malutki prezencik - melancholijna miniaturka TIVY :) Wesołych Świąt!


** Chandni **




Wszedł do ciemnego mieszkania, rzucił kluczyki na komodę, zawiesił płaszcz na wieszaku w korytarzu, zapalił światło;ale tylko jedno. Był w melancholijnym nastroju, przy którym więcej światła nie była wskazana. Odłożył broń do kasetki a następnie podszedł do szklanego, okrągłego akwarium gdzie dwie złote rybki pływały.

- Kate, Ziva, mam nadzieję, że miałyście udany dzień - powiedział nasypując im jedzenia, po czym poszedł do kuchni i nalał sobie dobrej whisky, z którą następnie wrócił do salonu. Nogą włączył przełącznik od gniazdka, a następnie zasiadł wygodnie w fotelu na wprost pięknej, migającej światełkami, choinki. Wzorkiem przejechał po ozdobach, światełkach i zatrzymał spojrzenie na dole. Pod grubymi gałęziami choinki spoczął zapakowany, niewielki prezent i biała koperta. Uśmiechnął się na wspomnienie uczucia satysfakcji z tego, że udało mu się napisać swoją listę. Ten rok był naprawdę intensywny, ciężki, szalony i emocjonalny pod każdym względem. Nie miał jednak ochoty by robić podsumowanie całego roku bo wieczora i nocy by mu nie starczyło. Wiedział jedno-te zdarzenia zmieniły go, a może tak po prawdzie doszedł do wniosku, że już nie musi ukrywać swojego prawdziwego ja. Nagle dźwięk dzwonka oznajmiający połączenie w laptopie wyrwał go z rozważań. Całkiem zapomniał, że go nie wyłączył. Szybko podszedł i odebrał rozmowę.

-Tony - na ekranie pojawiła się Ziva. Wyglądała nieco inaczej niż zwykle a może to się tylko jemu wydawało - Ja tylko na chwilę, chciałam życzyć ci wesołych świąt-rzuciła pospiesznie, lekko zawstydzona jakby faktem, że nagle po kilku miesiącach ciszy, odzywa się tylko po to by mu złożyć życzenia.

- Dziękuję, miło, że zadzwoniłaś i zanim uciekniesz wiedz, że tęsknimy za tobą i wciąż… - powiedział lecz Ziva weszła mu w słowo ewidentnie nie chcąc by wypowiedział słowo na ‘K’.

- Wiem, Tony - zaśmiała się, przypominającą Tony’emu między innymi, co się mu w niej podoba - jestem coraz bliżej - oznajmiła jakby z dumą.

- Wiesz gdzie mnie szukać. Nigdzie nie mam zamiaru się ruszać, chociaż po ostatnim incydencie to muszę rozważyć zmianę lokalizacji na mniej wystrzałową - zapewnił i zaśmiał się by zmienić nieco ton ich konwersacji.

-  Uważaj na siebie - powiedziała łagodnie i miękko. Nie musiała niczego więcej dodawać, bo wiedział, co chce powiedzieć. Opowiedział jej tylko spojrzeniem mówiącym więcej niż tysiące słów.

- Bywaj zdrowa, moja Zivo - szepnął i zakończył połączenie. Wiedział, że musi zrobić to pierwszy. Dawał jej do zrozumienia, że cały czas ja wspiera. Pragnął by wróciła ale kiedy wreszcie odnajdzie siebie. A on tu będzie na nią czekał, łudząc się w duchu, że może następne święta już spędzą razem jak niegdyś.

- Wesołych Świat, Zivo - dodał wznosząc toast ostatnim łykiem whisky.  


Robaczkosy

 Witajcie kochani po długiej przerwie :) Nie mam pojęcia czy ktoś z Was jeszcze tu zagląda tak z przyzwyczajenia lub zwykłej ciekawości lub ...