środa, 21 sierpnia 2019

A/N czyli niekończąca się opowieść 😁

Kochane, weny molestują nas 😁😎😈
A ja tu z pytaniem: czy chcecie krótkie opowiadanie dziejące się w uniwersum naszych Dzieci? Nowi bohaterowie i nowa misja. Co Wy na to?

Pozdrawiam,

Chandni

sobota, 10 sierpnia 2019

Skończyć cz9


Rozdział 9






Kiedy wróciliśmy w domu czekali na nas McGee, Abby i Ducky by razem zjeść świąteczny obiad. Oczywiście mój ojciec musiał powiedzieć, że pomagam młodemu chłopakowi po wypadku.
 - To wspaniale, Tony! – Abby cmoknęła mnie w policzek a ja tylko machnąłem dłonią. Chociaż tak mogłem się odwdzięczyć za pomoc jaką ja sam otrzymałem od innych.
 - Za ile obiad? – zapytałem otwierając laptopa.
 - Spokojnie jeszcze możecie dwie godziny popisać. – odparła Abby razem z Zivą udając się do stołowego by przygotować stół.
‘Wróciłem.’ napisałem szybko i czekałem na odpowiedź od Jackoba.
‘Oglądam Tajemniczy ogród,’ otrzymałem w odpowiedzi, ‘Jak było?’
‘Wojna na śnieżki,’ odparłem uśmiechając się, ‘Razem z Zivą robiliśmy orły na śniegu.’  dodałem uśmiechając się. Jak dobrze, że moja komórka robi bardzo dobre zdjęcia.
‘Też kiedyś chciałbym...’ zaczął a potem dodał, ‘Tony, ty i Ziva?’
Ah... ups... miałem poczekać z tą informacją. Ale Jackob najwyraźniej wyczuł, że coś jest na rzeczy.
‘Tak,’ odpisałem, ‘Ale nie jest łatwo i często obrywam od niej.’
‘Dlaczego?’
‘HELLOŁ! Jestem sparaliżowany!’ napisałem i nagle poczułem pacnięcie w tył głowy.
 - Za co?! – spojrzałem niewinnie na Zivę.
 - Już wiesz za co. – odparła i uciekła do kuchni.
‘Przez lata tańczyliśmy wokół siebie. Oboje byliśmy po przejściach, po nieudanych związkach,’ napisałem.



** flashback **



Wjechałem niepewnie na siłownię, która za razem była salą gimnastyczną, która była pusta i rozejrzałem się. Dopiero po chwili zobaczyłem Zivę rozciągającą się na macie. Zostawiła mi na biurku notkę bym przebrał się w dres i spotkał z nią o siedemnastej na siłowni. Zastanawiając się, o co chodzi podjechałem do niej.
 - Ziva?
Odpowiedziało mi jedynie trzaśnięcie drzwi i zobaczyłem Gibbsa w dresie kroczącego w naszym kierunku.
 - Gotowi? – rzucił a ja jeszcze bardziej zmarszczyłem brwi.
 - Szefie? Ziva? Co jest grane? – zapytałem.
 - Jak to, co? Zadbamy byś wrócił do formy, – odparła Ziva jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem, - To, że jesteś na wózku nie oznacza, że zupełnie już do niczego się nie nadajesz. Zadbamy o kondycję sprawnych części twojego ciała.
Chciałem zaprotestować ale nie dali mi okazji bo już po chwili Gibbs posadził mnie na materacu.
 - Rozciąganie to podstawa nawet w twoim przypadku. – rzucił Gibbs pomagając mi zrobić skłon do kolan w pozycji siedzącej. Cały czas oboje z Zivą asekurowali mnie.  Następnie przeszliśmy do brzuszków, pompek, podnoszenia ciężarków. Po godzinie znów byłem na materacu patrząc na Zivę, która uśmiechała się niczym dziki kot ninja, który właśnie dopadł swą ofiarę. Przełknąłem głośno ślinę i posłałem jej niewinne spojrzenie. 
 - Nawet na wózku musisz umieć się obronić. – powiedziała Ziva i przystąpiła do następnego etapu znęcania się nade mną.
 - David, pamiętaj by nie przeciążyć jego pleców. – przypomniał jej Gibbs z rozbawieniem patrząc jak siłujemy się z Zivą.
 - Auć! – zawyłem, gdy z wykręconym ramieniem leżałem na brzuchu. Moja twarz wciśnięta była boleśnie w materac a kolano Zivy wbijało mi się w plecy.
 - Na dziś wystarczy mój włochaty tyłeczku. – powiedziała Ziva niewinnie się do mnie uśmiechając. Najpierw tortury a teraz się łagodnie uśmiecha, niczym wilk w owczej skórze!
Wtem Gibbsa telefon zadzwonił i po chwili rozkazał Zivie by mnie odwiozła a sam udał się na rozmowę z Dyrektorem.



**  koniec flashbacku **



‘Ała!’ napisał Jackob i podesłał mi ikonkę pocieszania, ‘Jak często się tak nad tobą znęcali?’
‘Znęcają się nadal,’ odpisałem posyłając diabełka, ‘Ale dzięki temu ja sam czuje się pewniej.  Raz w tygodniu chodzę na siłownię i powiem, że czasami udało mi się pokonać innych, sprawnych agentów, którzy mieli zakazane dawać mi fory.’
‘Chciałbym kiedyś znów uprawiać sport...’ napisał.
‘A kto ci broni?! Jesteś młody i wszystko jeszcze przed tobą. Ja chodzę na siłownie, gram w kosza, pływam i wciąż jestem agentem federalnym.’ odpisałem.
‘I masz dziewczynę.’ zaznaczył.
‘Tak... Ale wierz mi, że nie jest to wciąż takie proste. Ziva cały czas przypomina mi, że jednak jestem w 100% mężczyzną. Wiesz, co chcę przez to powiedzieć.’ Napisałem i rozejrzałem się szybko, czy przypadkiem nikt mi nie zagląda przez ramię. Na szczęście wszyscy byli czymś zajęci, aż mi głupio było, że siedzę i nie pomagam im.
‘Tony, powiedz tak szczerze. Czy do tego idzie się przyzwyczaić?’ zapytał nagle a ja zamyśliłem się. Czy do tego idzie się przyzwyczaić? Pogodzić ze swoim losem?
‘Czy ja wiem, czy przyzwyczaić... Raczej oswoić i przystosować do nowej sytuacji ale jest ciężko, bo całe życie chodziłeś a tu nagle – trach – i jesteś na wózku. Ale pamiętaj, nieważne co, nie wolno ci się poddać. Krzycz na bliskich, wrzeszcz, nienawidź ale nigdy nie poddawaj! To moja nowa zasada numer 1.’ odpisałem szczerze.
‘Zapamiętam i postaram się. A jak ty i Ziva... znaczy jak sobie wyznaliście uczucia?’ przeczytałem na monitorze i uśmiechnąłem się na to wspomnienie. To przecież było tak całkiem niedawno, zaledwie cztery miesiące temu.





** flashback **



Ziva obiecała po treningu odwieźć mnie do domu. Byliśmy w drodze, gdy przypomniała sobie, że nie ma wystarczająco paliwa by rano dotrzeć do pracy, zatem zatrzymaliśmy się na najbliższej stacji benzynowej. Chociaż upierała się bym został w wozie, wysiadłem. W domu nie było nic z niezdrowej żywności a nabrałem ochoty na chipsy i popcorn. A poza tym mój ojciec miał rankiem przyjechać, zatem obiecałem Gibbsowi, że jeszcze dokupię kilka rzeczy. Na szczęście dzisiejsze stacje paliw są dobrze zaopatrzone w żywność.  Byliśmy między regałami z Ziva, gdy weszła para chuliganów i jeden z nich zauważył ładną dziewczynę, do której zaczął się nachalnie przystawiać. Ludziska, gdzież on się uczył podrywać? Podryw na neandertalczyka na dzisiejsze laski nie działa.
Ludzie!
Mięliśmy z Zivą zadziałać, gdy nagle dziewczyna wyciągnęła z torebki jakiś pojemnik z gazem i psiknęła kolesiowi w twarz, następnie rzuciła pojemnik i wybiegła ze stacji. Niestety, pojemnik musiał być uszkodzony bo cała jego zawartość rozpyliła się w powietrze i zanim wentylacja go pochłonęła, nasze układy oddechowa wchłonęły trochę tego gazu.



** koniec flashbacku **



‘O ludzie, neandertalczyk! Ale mów, co to był za gaz!’ napisał pośpiesznie Jackob a ja uśmiechnąłem się jeszcze szerzej.
‘Gaz rozweselający,’ odpisałem, ‘Potraktowała nas gazem używanym do narkozy, zwanym inaczej głupim Jasiem. I powiem, że na serio czułem się jak głupi Jaś.’ zażartowałem.
‘O, ja! Ale, co to ma wspólnego z Tobą i Zivą i wyznaniem miłosnym?’
‘Oj, byś się zdziwił ale ma wiele wspólnego.’ spojrzałam na Zivę, która rozmawiała z moim ojcem.
 - Tylko mi dziewczyny nie podrywaj. – rzuciłem żartobliwie w ich stronę.
 - A, co? Zazdrosny? – ojciec spojrzał niewinnie na mnie – No tak, wolisz ją jako żonę a nie macochę. A szkoda... – westchnął i wrócił do kuchni.



** flashback **



Dojechaliśmy do domu w dobrych nastrojach, lecz bez zakupów, wciąż się śmiejąc. Usiadłem na kanapie, podczas gdy Ziva poszła po szklanki na wodę. Kiedy wróciła śmiała się histerycznie.
 - Kocham twój śmiech, - rzuciłem nie bacząc na to co mówię, - Ależ ja głupi! – roześmiałem się. Ziva usiadła obok wciąż się śmiejąc.
 - Faktycznie głuptas z ciebie okropny, - potwierdziła, - Ale mój głuptas.
Nagle spoważniałem.
 - Kocham cię Zivo David. – powiedziałem patrząc na  jej rozbawioną buzię.
 - To przez gaz... – zaczęła lecz uciszyłem ja pocałunkiem.
 - To nie gaz. – odparłem patrząc jej głęboko w oczy.
 - Ale dzięki niemu w końcu się odważyłeś. – zauważyła.
 - Zivo... – zacząłem chcąc jej tyle powiedzieć, bo przecież - ... nie możemy być razem.
 - Dlaczego? – zapytała a ja uświadomiłem sobie, że powiedziałem to na głos.
 - Jestem sparaliżowany?! – uśmiech kpiny wypełzł mi na twarz, ale zaraz zszedł, gdy tylko ręka Zivy zderzyła się z moją głową.
 - Głupiutki mały misiu, - szepnęła popychając mnie na poduszki, tak iż wylądowaliśmy leżąc na kanapie. Ziva leżała teraz na mnie. Nachyliła się i musnęła opuszkiem dłoni moje wargi, - Pozwolisz, że sama zadecyduję o sobie.
Miałem już coś odpowiedzieć, gdy Ziva położyła mi głowę na piersi, wtuliła się, ziewnęła i po prostu zasnęła. Objąłem ją ramionami mocno ziewając i również pogrążyłem się we śnie. W końcu drugi efekt gazu podziałał na nas i uśpił.

***

Kiedy się obudziłem rano dotarło do mnie to, co się stało. Ziva smacznie pochrapywała w moich ramionach i to było cudowne uczucie.
 - Twoje pięćdziesiąt dolarów Jethro. – usłyszałem i gdy obróciłem głowę ujrzałam siedzących w fotelu Gibbsa i mojego ojca.
 - Szefie? Tato? Założyliście się? – rzuciłem lekko zachrypniętym głosem, który zbudził ze snu Zivę.
 - Trochę wam to zajęło. – rzucił znad gazety Gibbs.



** koniec flashback’u**



‘Serio? Założyli się o to czy będziecie razem?’
‘Przecież pisałem, że mój ojciec i Gibbs zawarli pakt ze sobą i mieć tych dwóch za ojców to nie przelewki.’ posłałem mu diabełka.
 - Tony, przeproś Jackoba i chodź na obiad. – zawołał Jack ze stołowego.
‘Jackob, wrócę za godzinę...’
‘Tak, wiem, obiad,’ odparł i posłał mi uśmieszek, ‘Jak wrócisz to powiesz mi czym się teraz zajmujesz jako agent.’
‘Ok.’ odpisałem i wylogowałem się.

Skończyć cz8


Rozdział 8






‘Dwa tygodnie później spotkała mnie niespodzianka’ napisałam po chwili przerwy.
 - DiNozzo, spacer – krzyknął Gibbs, który właśnie wrócił z agencji, rozbierając się w holu.
 - Szefie – jęknąłem. Przecież nie mogę zostawić Jackoba teraz samego.
 - Nie zostawiasz go samego ale obaj musicie się ruszyć. Spacer wam dobrze zrobi – rozkazał Gibbs kierując się do kuchni by w połowie drogi zatrzymać się. Mój ojciec wręczył Gibbsowi świeży kubek gorącej kawy. Gibbs lekko się uśmiechnął i obaj zwrócili się do mnie ze srogim spojrzeniem. Czy mówiłem, że przy nich dwóch czuję się małym chłopcem i jak bardzo tego nie lubię?
 - A mogę chociaż dokończyć? – posłałem im moje najbardziej niewinne spojrzenie. 
 - Za pół godziny ma cię już tu nie być – rozkazał Gibbs kierując się do swojej piwnicy.
 - Przypilnuję go – zapewniła Ziva szykując nasze kurtki, szaliki i rękawiczki.
 - Pójdę jeśli Szef pójdzie z nami – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu – Proszę.
 - Pół godziny – odparł Gibbs.
‘Tony? Jesteś?’ przeczytałem na ekranie.
‘Jestem ale wyganiają mnie na spacer. Ty też powinieneś trochę spędzić czasu z rodzina albo coś poczytać. Hej, w programie TV jest Tajemniczy ogród i Urodzony 4 lipca, sądzę, że powinieneś obejrzeć jeśli jeszcze nie widziałeś.’ Napisałem szybko, ‘Zanim jednak wyjdę opowiem szybko o tym, co mnie spotkało dwa tygodnie po tym wydarzeniu.’ 



** flashback **



Wracaliśmy po pracy z Gibbsem do domu, gdy nagle Gibbs skręcił w zupełnie inna stronę.
 - Gibbs? – zapytałem.
- W swoim czasie, Tony – odparł spokojnie.
Po dziesięciu minutach drogi zatrzymaliśmy się na parkingu przed jakimś budynkiem. Gibbs pomógł mi wysiąść i usadowił na wózku a następnie zaczął pchać.
 - E... Szefie... – nie lubiłem, gdy to robił. Chciałem choć trochę czuć się samodzielny ale najwyraźniej Gibbs miał inne plany bo dalej prowadził mój wózek. Weszliśmy do budynku, przejechaliśmy długi korytarz i wyszliśmy na zewnątrz, gdzie znajdował się mini stadion. Stadion dla osób niepełnosprawnych, muszę dodać. 
Przywitał nas mężczyzna, afroamerykanin jeśli mam zgadywać, który jak ja siedział na wózku inwalidzkim.
 - Tony poznaj Coolio – Gibbs przedstawił.
 - Miło mi cię poznać, Tony – wymieniliśmy uścisk dłoni.
 - Wzajemnie i hej, fajne imię – starałem się zachowywać normalnie by nie wiedzieli, że jestem podenerwowany. Nie rozumiałem, po co Gibbs mnie tu przyprowadził.
 - Tak, wiem – mężczyzna uśmiechnął się. Zaczęliśmy kierować się bliżej boiska do koszykówki.
 - Słyszałem o twoim wypadku i współczuję – zaczął Collio bacznie mi się przyglądając – Ale chyba najwyższa pora by wrócić do życia.
Otworzyłem usta by zaprotestować, by się roześmiać i wygarnąć, że nic nie rozumie, zwłaszcza po ostatnim ale opamiętałem się w porę, bo ten koleś też siedział na wózku.
 - Wiem, że nie jest ci łatwo ale zapewniam, że przychodzenie tutaj pomoże ci od nowa spojrzeć na swoje życie i zrozumieć niektóre sprawy – zapewniał – Tu możesz uzyskać wsparcie i zrozumienie. Ci ludzie, których tu widzisz kiedyś byli sportowcami, lekarzami, strażakami, policjantami. Tu odnaleźli siebie i sens życia. Większość z nich dalej pracuje w swoim zawodzie i powiem ci, że świetnie sobie radzą. 
 - DiNozzo, byłeś dobry w sportach. Czas do tego wrócić – Gibbs poklepał mnie po ramieniu jakby dodając otuchy.
Podziękowaliśmy Collio, Gibbs obiecał, że przywiezie mnie w najbliższą sobotę, po czym wróciliśmy do samochodu.
 - Gibbs, ja nie mam odpowiedniego wózka – zauważyłem. Mój obecny nie nadawał się do szybszej jazdy, a co dopiero do uprawiania na nim jakichkolwiek sportów.
 - Jeszcze nie – odparł jak zwykle tajemniczo.
 - Znaczy? – zapytałem lecz nie uzyskałem odpowiedzi bo pojechaliśmy na podjazd do jego domu. Gdy tylko weszliśmy do środka zobaczyłem ojca stojącego z czarno-niebieskim wózkiem.
 - W sklepie zapewnili, że to najlepszy model wózka aktywnego – ojciec uśmiechał się do mnie zachęcająco, gdy obaj z Gibbsem pomagali mi przesiąść się do nowego pojazdu.
 - Wow... – od razu zauważyłem różnicę. Był lżejszy, lepiej dopasowany, wygodniejszy i kiedy zaczęłam nim kręcić i robić obroty zauważyłem też, że jest bardziej zwrotny.



** koniec flashback’u **



‘Czy faktycznie chodzenie tam pomogło ci?’ napisał po chwili.
‘Tak, pomogło mi odnaleźć siebie i uwierzyć ponownie w moje możliwości’ odparłem, ‘A na domiar złego Ziva się za mnie uwzięła’ uśmiechnąłem się na wspomnienie.
‘Jak to Ziva się za ciebie uwzięła?’
‘Długa historia, a mnie już poganiają. Będę za godzinę, najdalej za 1,5.’ Zapewniłem i wylogowałem się. Ziva rzuciła mi kurtkę i buty. Ubrałem się szybko i we czwórkę wyszliśmy. W domu pozostał tylko Jack, który poszedł się zdrzemnąć.
Weszliśmy do parku. Oj, jak pięknie. Śnieg wszystko otulił swym puchem. Uśmiechnąłem się łobuzersko, schyliłem i uformowałem kulkę, po czym rzuciłem nią w Zivę.
 - Osz ty! To oficjalnie wojna! – krzyknęła rzucając we mnie. Nie trafiła, kulka przeleciała obok i trafiła mojego ojca.
 - Wybacz Tony – rzuciła Ziva – Ała! – zawyła kiedy ociec rzucił w nią kulką. Gibbs dołączył do Zivy i dwóch na dwóch zaczęliśmy na dobre wojnę na śnieżki.   

Skończyć cz7


Rozdział 7







Wiedziałem, że będę musiał powiedzieć Jackob’owi o moim związku z Zivą ale to nie był jeszcze najlepszy moment. Bo jeszcze kolejna depresja przede mną.
‘Któregoś ranka zostałem sam. Miałem poczekać na Gibbs’a i razem mieliśmy pojechać o pracy. Miałem dziś odbyć rozmowę z Dyrektorem odnośnie mojego przeniesienia na inne stanowisko. Wiedziałem tylko, że będę w tym samym budynku, co reszta ale nic poza tym. Za oknem była paskudna, deszczowa i zimna pogoda. W końcu nadeszła wiosna ale nie była ona jakoś szczególnie ciepła i słoneczna albo to mi się tak wydawało. Moje życie było monotonne. Kiedy w końcu, po latach i nieudanych związkach, dorosłem do decyzji o zmianie stanu cywilnego i założeniu rodziny typowo filmowej jak z Hallmarku – żona, dzieci i pies – musiał przytrafić mi się ten cholerny wypadek.’ Zacząłem znów opowiadać Jackob’owi. Ziva siedziała wtulona w moje ramię, z głową ułożoną na moim barku. Z jednej strony zaglądała, co piszę a z drugiej ucinała krótką pogawędkę z moim ojcem.   
‘Właśnie ja w takim momencie jestem. Znaczy nie planowałem rodziny...’ odpisał Jackob, ‘Ale miałem inne plany zawodowe bo HEJ! Mam dopiero DWADZIEŚCIA lat!’ 
‘Niestety, wiem, co czujesz’ odparłem.
‘I, co się stało tego dnia?’ dopytywał zaciekawiony Jackob.
‘Czekałem na ganku, gdy usłyszałem krzyki dziewczyny. Wołała pomocy.’ Zamknąłem oczy i wziąłem ciężki i głęboki wdech. Poczułem jak dłoń Zivy mocniej zaciska się na moim ramieniu a potem delikatnie masuje je by dać do zrozumienia, że jest ze mną.



** flashback **



  - POMOCY! RATUNKU!  Niech mi ktoś pomoże! – dotarł do mnie głos młodej, przerażonej kobiety. Będąc na ganku nie wiedziałem, co się dzieje. Ruszyłem wózkiem jak najszybciej. Gdy tylko wyjechałem z posesji Gibbsa moja komórka zaczęła dzwonić. Wiedziałem, że muszę dotrzeć do tej kobiety ale także wiedziałem, że muszę przekazać, że dzieje się coś złego komuś sprawnemu.
„Będę za dziesięć minut” usłyszałem w słuchawce głos Gibbsa.
„Coś dzieje się u sąsiadów dwa domy dalej, Gibbs! Wezwij pomoc!” przekazałem i rozłączyłem się przeklinając w duchu, że nie mam przy sobie broni. Zabrali mi ja na czas nieokreślony i mają oddać, gdy lekarze wyrażą taka zgodę, że jestem poczytalny umysłowo i nie ma przeciwwskazań do tego abym miał broń. Deszcz niemiłosiernie zacinał utrudniając mi widoczność oraz szybsze dotarcie do tego domu. Zwłaszcza, że jeździłem zwykłym wózkiem a nie sportowym.
 - Rat... – znów krzyknęła lecz jej krzyk uwiązł jej w gardle. Straciła przytomność, a może już nie żyje?! Te myśli przelatywały mi przez myśli, gdy jechałem do niej. Niestety podczas robienia zakrętu zahaczyłem o krawężnik i przewróciłem się wraz z wózkiem. Zobaczyłem jak napastnik przeskakuje przez żywopłot i ucieka.
 - Szlag by to! – warknąłem próbując się podnieść. Pomagając sobie łokciami doczołgałem się do kobiety. Niestety już nie żyła. W brzuchu tkwił kuchenny nóż. A jej oczy utkwione jakby we mnie, były teraz przymglone.
 - DINOZZO! – dotarł do mnie krzyk Szefa. Nie obchodziło mnie to. Siedziałem pusty na betonowej posadzce wpatrzony w ciało młodej... młodej CIĘŻARNEJ kobiety. Świadomość tego, że przez moje kalectwo nie mogłem jej pomóc i uratować czyjegoś życia zaczęła mnie przygniatać. Czułem się jak osoba, której przywiązuje się kulę do nogi i wrzuca do oceanu.



** koniec flashback’u **


‘O choroba... strasznie mi... głupio i przykro... nie wiem, co powiedzieć, Tony...’ przeczytałem.
‘Mi też było przykro... Piętnaście lat pracowałem czynnie jako stróż prawa łapiąc przestępców i kopiąc ich zadki a teraz... W tamtym momencie... po prostu zawiodłem i tę kobietę i samego siebie’  wyznałem. 



** flashback **



 - DiNozzo, powtarzam, to nie była TWOJA wina – Gibbs stanowczym i ostrym głosem próbował przekonać mnie, ale ja nie potrafiłem zaakceptować tego faktu. Siedziałem na kanapie owinięty w koc, z gorącym kubkiem herbaty wciśniętym w dłonie bym mógł je czymś zająć i by tak nie drżały z emocji.
 - Chrzanisz Gibbs! – krzyknąłem odstawiając kubek bo wiedziałem, że lada moment a rzucę nim po prostu o ścianę – Popatrz na mnie! Jestem cholernym inwalidą Gibbs! Jak... większość życia spędziłem ratując innym życie a teraz nie potrafiłem uratować kobiety – zanosiłem się gniewem i histerią – CIĘŻARNEJ KOBIETY, KUR**A! 
 - Powtarzam, że nie była to twoja wina – Gibbs starał się panować nad swoim głosem. Widziałem, że jest zdenerwowany i... bezradny. I jego poniekąd ta sytuacja przerastała.
- Wszystko się zmieni, gdy wrócisz do pracy na nowym... – zaczął lecz ja zaczęłam się śmiać - histerycznie, przeraźliwie śmiać.
 - Czyś ty słyszał siebie?! Do ku**y nędzy nie wrócę do pracy! Wyobrażasz sobie kalekiego agenta federalnego?! – wrzeszczałem na cały głos. Zapewne sąsiedzi obok mogli mnie usłyszeć i zapewne w promieniu kilku mil również. Ale to mnie teraz nie obchodziło.
 - Najlepiej by było, gdybym wtedy umarł – wykrztusiłem z zaciśniętego gardła czując jak potok łez spływa po moich policzkach. Nim zdołałem mrugnąć Gibbs był przy mnie. Jego zimne spojrzenie pełne gniewu i frustracji było utkwione we mnie, wymuszając kontakt wzrokowy między nami. Czułem się jakby zaglądał mi w głąb duszy. Najpierw mnie zdzielił porządnie w tył głowy a następnie położył ciężkie i szorstkie dłonie na moich policzkach. Jego usta były surowo zaciśnięte w gniewie.
 - NIGDY. NIE. MÓW. ŻE CICHŁBYŚ. UMRZEĆ! ZROZUMIANO?! NIGDY! – wycedził. Czułem jak i on drży z emocji. W jego oczach odczytałem coś jeszcze. Rodzicielską troskę i strach przed utratą... dziecka...
Gibbs stracił córkę.  Kelly została mu brutalnie odebrana i omal kilka miesięcy temu nie stracił również i... mnie, swojego syna! Bo tak o mnie myślał. Wiedziałem i czułem to każdego dnia i to mnie przerażało. Przerażało mnie to, że są osoby, które będą mnie bezwarunkowo kochały pomimo mojego kalectwa. 
Ta świadomość uderzyła we mnie tak gwałtownie, że nie potrafiłem oddychać.
 - Hej, Tony, oddychaj. Spokojnie – mówił stanowczo lecz delikatnie, siadając na kanapie i chowając w swoje silne ramiona – Mam cię, dzieciaku, już dobrze.... cicho... ciiii... – zapewniał kołysząc mnie w swoich ramionach.



** koniec flashback’u **

Skończyć swoje życie cz6


Rozdział 6








‘By nie zwariować doszczętnie popadłem w rutynę. Pobudka rano, ćwiczenia, śniadanie, następna seria ćwiczeń, odpoczynek, obiad, chwila dla siebie. Przeglądanie zimnych spraw w biurze. Tak, to było najgorsze. Moja pierwsza po wypadku wizyta w agencji. Minęły trzy miesiące i dopiero uświadomiłem sobie, że ani razu nie zapytałem o sprawę Hobb’a. Czy rozwiązaliśmy sprawę? Złapaliśmy sprawcę a najważniejsze, dlaczego podłoga pode mną się zarwała? Tego to akurat mogłem się sam domyślić, bo przecież dom wyglądał jakby miał się zaraz zawalić. Jednak jak się okazało to Hobb pozostawił pułapkę w domu. Tyle, że to nie ja miałem tam wejść i spaść a oprawca Hobb’a, który mógłby się pojawić w domu w poszukiwaniu dysku. Tak, dysku, który zawierał bardzo ważne dane a był ukryty w tym pokoju dziecięcym, w pluszowym piesku stojącym na regale, którego sam widziałem.  Oczywiście dyrektor musiał oddalić nasz zespół od sprawy. Przez dwie doby walczyłem o życie a potem wciąż byłem w śpiączce, więc wiedział, że nasz zespół nie będzie w stanie dokończyć zadania, chociaż bardzo by chciał. Sprawę przejął zespół Balboy a pomagał mu Fornell z FBI jako, że agent federalny został ranny podczas służby. Ot, takie są u nas procedury. – opowiedziałem mu i uśmiechnąłem się blado na samo wspomnienie. Gdybyś mnie wtedy zobaczył, to byś mnie nie poznał. Przydługie rozczochrane włosy, nieogolony i z lekką niedowagą. Oj, tak, schudłem dobre piętnaście kilo w te trzy miesiące.



** flashback **



Drzwi otworzył mi Gibbs i pozwolił bym wjechał wózkiem. Pozostawał z tyłu. Jego jedna ręka spoczywała na rączce do prowadzenia wózka, zaś w drugiej standardowo trzymał kubek z kawą.
 - Hej Pete – rzuciłem przybierając na twarz swój firmowy uśmiech, którym często raczyłem ludzi, gdy chciałem zamaskować to, co działo się wewnątrz mnie.
 - Hej, Tony, miło cię widzieć w dobrej formie – rzucił uśmiechając się do nas ochroniarz – Świetnie, że wracasz do zdrowia i pracy.
 - Też się cieszę – odparłem przechodząc a raczej przejeżdżając wózkiem przez służbowe wejście. Obaj z Gibbsem wiedzieliśmy, że kłamię mówiąc, że się cieszę ale tego wszyscy nie muszą wiedzieć, prawda?  
Kiedy wyjechaliśmy z windy zatrzymałem się przed swoim starym biurkiem. Westchnąłem z goryczą wiedząc, że już nigdy nie będę należał do zespołu Gibbsa. Przytłaczała mnie świadomość, że ktoś może zająć moje miejsce. Wiedziałem, że McGee poradzi sobie jako starszy agent, jako prawa ręka Gibbsa ale i tak martwiłem się o zespół. 
 - Patrzcie, patrzcie któż to wrócił! – usłyszałem i zobaczyłem kilku innych agentów a zarazem kumpli idących w moją stronę – DiNozzo, miło, że raczyłeś ruszyć swój tyłek i wrócić bo ten twój szef jest nie do zniesienia – narzekali uśmiechając się.
 - Hej, mam bilety na mecz Wizards. Grają z Knicks’ami – zaproponował Larson. Nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić nigdzie z kimkolwiek, ale też nie miałem serca się wymigiwać.
 - Nie daj się prosić, DiNozzo – nalegali – Odwieziemy cię po meczyku grzecznie bo Gibbs by nas obdarł ze skóry – Larson mrugnął do mnie porozumiewawczo, rozglądając się czy aby Gibbs go nie usłyszał.
 - Skoro aż tak nalegacie – uśmiechnąłem się i szczerze, był to jeden ze szczerszych uśmiechów jaki ostatnimi czasy kogokolwiek obdarowałem. I powiem w zaufaniu, że poczułem ulgę, że nie zostałem odepchnięty od społeczności, że jednak ludzie chcą ze mną przebywać.
 - Jesteś niepełnosprawny, DiNozzo, nie obłąkany – usłyszałem za sobą głos Gibbsa, który zrobił miejsce za moim starym biurkiem i pomógł mi podjechać tam.



 ** koniec flashback’u **



‘Świetni ludzie cię otaczają’ Jackob napisał. 
‘Oj, tak ale nie poszedłem wtedy na mecz z chłopakami. Przeszarżowałem na rehabilitacji i wieczorem nie byłem w stanie się ruszyć, tak byłem obolały. Na szczęście chłopaki byli wyrozumiali i co najlepsze, wprosili się do domu Gibbsa z popcornem by razem obejrzeć mecz w telewizji.’ Odpisałem. To był dobry dzień. Chociaż byłem obolały i nie w nastroju na towarzystwo, to jednak dobrze się czułem po ich wizycie. ‘Musisz uwierzyć, że znajdą się twoi koledzy, którym naprawdę zależy na znajomości z tobą i nie ważne, co a będą przy tobie.’ Zapewniłem. Jackob musi w to uwierzyć. Jest świeżo po wypadku, zatem rozumiem przez, co przechodzi.  
 - Hej – usłyszałem i zobaczyłem Zivę uśmiechającą się – Tony, Tony – Ziva najpierw cmoknęła w policzek mojego ojca a następnie podeszła do mnie i również cmoknęła.
 - Tylko tyle – możesz wyczuć w moim głosie lekki zawód. Ziva ściągnęła płaszcz, odwiesiła a następnie usiadła obok mnie na kanapie, po czym położyła lekko zimne dłonie na moich policzkach i przyciągnęła do siebie by mocno i namiętnie pocałować.
 - Czy tak lepiej? – czy musiała pytać widząc mój uśmiech wart miliard dolarów w diamentach?                         

Skończyć swoje życie cz5


Rozdział 5








‘Co było dalej? Jak udało ci się z tego wyjść?’  zapytał Jackob.
Był już wczesny poranek Bożonarodzeniowy. Gibbs poszedł zrobić śniadanie a ja zastanawiałem się nad porannymi ćwiczeniami, które jednak dziś mógłbym sobie darować.
 - Nie ma mowy, DiNozzo -  Gibbs wszedł do mojego pokoju. Jak on to robi, że zawsze wie, co chodzi mi w danym momencie po głowie? Gibbs chyba posiadł szósty zmysł albo i nawet byłbym skłonny do stwierdzenia iż jest to ósmy stopień wtajemniczenia.
- Ale... - zacząłem, jednakże Gibbs uciszył mnie jednym spojrzeniem. Jak zawsze zresztą wystarczy mu jedno spojrzenie. Eh...
 - Jackob powinien zjeść śniadanie, a ciebie czeka poranna standardowa rundka przed śniadaniem - powiedział przesuwając mój wózek bliżej łóżka -  Prysznic, teraz! – rozkazał a ja wiedziałem, że nie mam szans na sprzeczanie się.
‘Jacob.... wiem, że potrzebujesz pogadać jednak myślę, że powinniśmy
zrobić chwilową przerwę’ zacząłem z wahaniem i bijącym sercem. Napisałem to bardzo szybko. Dzieciak potrzebował mnie teraz i było mi źle z faktem, iż na chwilę muszę go zostawić z tym wszystkim samego.
‘Wiem, rodzice już wołają mnie na śniadanie, ale wrócisz, prawda? Dokończysz?’ Jackob napisał, a ja wiedziałem, że muszę dotrzymać tej obietnicy i pomóc mu - w końcu jest to coś, co robię całe moje życie, najpierw jako policjant a obecnie jako agent federalny – pomagam innym.
Dzięki sprzętowi, który został zamontowany, od mojego pokoju aż do łazienki, mogłem samodzielnie się tam dostać i wziąć szybki prysznic. Jestem za to ojcu i Gibbsowi niezmiernie wdzięczny. Wdzięczny za to,  że rozumieją jak wiele znaczy dla mnie niezależność. Trochę mi to zajęło ale w końcu nauczyłem się od nowa samodzielności. 
Przy śniadaniu usiadłem ledwo przytomny z powodu braku snu, ale wiedziałem, że muszę wrócić do rozmowy z Jackob’em - on mnie teraz potrzebuje. Zatem szybko zjadłem pyszne śniadanie.
Spojrzałam na Gibbs’a, który właśnie przyniósł mój laptop, abym mógł usiąść na kanapie w salonie przy kominku i choince.
Tak!
Przy PRAWDZIWEJ choince!
Nie szturpaku imitującym choinkę, ale żywej choince prosto z lasu, pachnącej i ozdobionej ręcznie robionymi przeze mnie i Gibbs’a dekoracjami.  Dobrze przeczytałeś, robiłem ozdoby z Gibbs’em! To był nasz wspólny projekt podczas, gdy Jack przygotowywał potrawy świąteczne z Abby, a ojciec biegał między centrami handlowymi dokupując ciągle potrzebne rzeczy. Każdy miał przydzielone zadanie. Nawet przed domem zostały umieszczone dekoracje oraz  światełka a na drzwiach wisiał piękny wieniec.
Usadowiłem się wygodnie na kanapie i położyłem laptop na udach. Na ławie Jack pozostawił talerzyk z pysznymi pierniczkami. Gibbs udał się do agencji na moment a mój ojciec usiadł w fotelu i czyta gazetę. Zanim zeszedłem na śniadanie Gibbs zdążył powiedział jemu i Jack’owi o tym, co robię i widziałem radość oraz dumę w ich oczach. Popierali moją postawę całkowicie, co jest bardzo budujące. Wciąż mam swojej momenty, jeśli rozumiesz, co chcę powiedzieć, dlatego ich wsparcie duchowe dużo dla mnie znaczy przy rzeczach, które wykonywałem. 
 ‘Jak rodzice?’ zapytałem widząc, że Jackob jest ponownie dostępny na
czacie.
 ‘Jak to rodzice...’ zaczął ‘Ale już mnie tak nie wkurzają’ powiedział i wysłał do mnie ikonkę z mrugnięciem.
 ‘To dopiero początek, będzie coraz lepiej, zobaczysz’ zapewniłem go. W tym momencie Jack postawił przede mną filiżankę gorącej jabłkowo-cynamonowej herbaty. Tak, uwielbiam kawę, ale musiałem ją na jakiś czas odstawić.  Normalnie Gibbs, Ziva i Tim nie daliby mi spokoju, gdyby zobaczyli, że nie pije kawy tylko sporą ilość herbat ale nie teraz. Nie w święta ale potem będą mi wypominać. I szczerze to mi nie przeszkadza. Cieszę się, że traktują mnie normalnie.
‘Wiedzieli, że nie spałem całą noc i byli źli, że siedzę przy komputerze. Wiesz... myślą, że oddalam się od nich i uciekam w wirtualny świat’ powiedział po chwili.
‘Powiedziałeś im, że rozmawiasz ze mną?’
‘Nie... Nie muszą wiedzieć... na razie...’ po przeczytaniu tego wiedziałem, że jeszcze trochę mi zajmie całkowite przekonanie go, że jednak można żyć będąc na wózku inwalidzkim i na tym się życie, świat, przygoda i miłość nie kończą.
Z jednej strony wyczuwam, że chce podjąć walkę a z drugiej najchętniej to by uciekł najdalej jak się da. Wiem, że nie czuje się wystarczająco silny, aby stawić czoła światu, ale niestety od tego nie ma ucieczki. Trzeba podjąć ciężką i żmudną walkę.
‘Minie sporo czasu podczas, którego wylejesz wiadra łez ale zapewniam cię, że będzie lepiej.’ Zapewniłem i dodałem ‘Superbohaterowie też często są kalekami np. Daredevil. Albo Christopher Reeve? Był pierwszym Supermanem i chociaż po wypadku był przykuty do wózka, to nadal grał w filmach, jednocześnie pomagając innym!’
‘Być może...’
‘Nie żadne być może tylko na pewno!’ napisałem szybko.
‘A twoja praca? Co się z nią stało po twoim wypadku? Twój Dyro miał przyjść, co ci powiedział?’  Jackob zapytał nagle. Fakt, nie pisałem jeszcze nic o rozmowie z dyrektorem.





** flashback **



Dyrektor odwiedził mnie w szpitalu, w tak zwanym "moim lepszym dniu".
 - Przejdę od razu do rzeczy - Vance rozpoczął zaraz po tym jak usiadł na krześle obok mojego łóżka - Nigdy tego nie powiedziałem i prawdopodobnie nie powinienem mówić tego teraz w tych okolicznościach, ale chcę żebyś wiedział, że jesteś jednym z najlepszych agentów, jakiego agencja ma. Nie mówiąc, że na pewno jesteś najlepszym z młodych starszych agent. Wiesz, że możesz liczyć na naszą pomoc. Jak tylko lekarze się zgodzą, i oczywiście, jeśli ty będziesz tego chciał to na pewno znajdziemy odpowiednie stanowisko pracy dla ciebie. Wierz mi, jest wiele możliwości dla ciebie i twoich możliwości i byłbym głupcem, a nie jestem, gdybym nie zrobił wszystkiego byś został u nas. Twoja niepełnosprawność nie będzie przeszkodą w tym. – oznajmił i zapewnił mnie dyrektor. Wow... usłyszeć takie słowa o Vance to... WOW!
 - D-dziękuję, sir - wykrztusiłem, czując, że za chwilę się rozpadnę. Nie spodziewałem się tego. Pochwała od dyrektora oraz nazwanie mnie najlepszym młodym agentem znaczyło w tej chwili wiele dla mnie a jeszcze bardziej znaczyło zapewnienie, że znajdą dla mnie pracę... chociaż w tej chwili nie mogę sobie wyobrazić powrotu do życia, społeczności, a zwłaszcza nie chciałem myśleć o pracy. Byłem detektywem, następnie TERENOWYM agentem federalnym! Nie mogłem sobie wyobrazić siebie siedzącego przy biurku, ponieważ nienawidziłem formalności z całego serca. No ale kiedy już się zabierałem za zimne sprawy i papierkowość to zawsze sobie z tym radziłem i często rozwiązywałem sprawy, ponieważ ktoś nie zauważył czegoś dla mnie po prostu banalnego.
 - Odpocznij, Tony -  z moich rozmyślań wyrwał mnie głęboki głos i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że w pokoju pojawił się Gibbs. Dyrektor wstał i poklepał mnie w ramię, następnie skinął na Gibbs i wyszedł.



** koniec flashback’u **



‘Oh, to miło z jego strony’ Jackob napisał. Odczytawszy wiadomość odstawiłem kubek z herbatą na blat ławy i spojrzałem na ojca.
 - Potrzebujesz czegoś, Juniorze? - zapytał mnie spoglądając na mnie znad swojej gazety.
 - Nie, dzięki tato - odpowiedziałem mu uśmiechając się łagodnie. I tak już wiele dla mnie zrobili, teraz czas abym ja coś dla kogoś zrobił.

Skończyć swoje życie cz 4


Rozdział 4







‘Kiedy powiedziano mi, że nie będę w stanie już nigdy chodzić myślałem, że oni – znaczy lekarze - tylko żartują, że wkrótce zaczną się śmiać i powiedzą: "Mamy cię". Chciałem by to był głupi żart z ukrytej kamery, że chcą sprawdzić moją reakcję. Ale tak się nie stało. Lekarze nie są aż tak okrutni by robić sobie z poważnych rzeczy żarty. Chociaż z drugiej strony lekarz uznał za stosowne poinformować mnie o każdym, nawet najmniejszym urazie jakiego doznałem podczas upadku z trzeciego pietra. Tak więc, na mojej uroczej liście widniały: złamanie lewego stawu barkowego, który nadawał  się tylko na stół operacyjnym – a na marginesie to był ten sam bark, który wcześniej złamał mi oficer Mossadu i były chłopak Zivy. Do tego złamana kości w prawej ręce, skręcona kostka w lewej nodze, wstrząs mózgu, a także bardzo mocno stłuczone czoło, trzy połamane żebra i dwa pęknięte, obrzęk prawego płuca, śledziona pęknięta, dwa uszkodzone kręgi szyjne i złamany kręgosłup z uszkodzonym rdzeniem kręgowym - co równało się paraliż od pasa w dół. Nie wliczając w to wszystko licznych zadrapań, siniaków i krwiaków oraz dużej utraty krwi – nie, spokojnie, nie dopadł mnie Wampir z żadnego filmu, chociaż tu bym polemizował. Wszystkie te obrażenia doprowadziły mnie do śpiączki, w której znajdowałem się przez całe sześć dni. Przyznam się, że jeszcze za jednym zamachem nigdy w życiu nie miałem aż tylu obrażeń na raz. A znając moje ‘szczęście’ to wiedz, że już wiele mnie spotkało – po prostu przyciągam do siebie kłopoty i urazy.
Powiedzieli mi, że i tak byłem szczęściarzem bo było szkoło na betonie a gruby koc zablokował wbicie się go w moje ciało podczas upadku.
Wtedy nie wiedziałam, co czuję, czy w ogóle coś czułem a na pewno nie widziałem siebie jako szczęściarza w tamtym momencie. Raczej właśnie dopadnięty przez skumulowanego pecha. Teraz myślę, że czułem się pusty i naprawdę złamany zarówno fizycznie jak i emocjonalnie.’ napisałem po długim milczeniu. Wiedziałem, że Jackob czeka na ciąg dalszy mojej opowieści.



**flashback**



Siedziałem nieruchomo na swoim łóżku, wpatrując się w krople deszczu spływające po szarym oknie, czując jakbym się dusił od środka. Mój świat się rozpadł na drobne kawałeczki. Wraz z chodzeniem straciłem pracę, a przede wszystkim, straciłem zdolność do troszczenia się o siebie samego - po śmierci mamy zostałem z tym sam. Nie mogłem prosić nikogo o pomoc, a prawdę mówiąc wiedziałem, że nigdy nie będę w stanie nikogo poprosić o pomoc. Po prostu ojciec mnie tego nie nauczył tylko wmawiał, że my DiNozzo radzimy sobie sami ze wszystkimi naszymi problemami i nie okazujemy ich obcym ludziom. A teraz chodziło o inny rodzaj pomocy, bo będąc niepełnosprawnym zdawałem sobie sprawę z tego, że będę potrzebował jej przez 24h/24h w każdych najdrobniejszych czynnościach.
Gibbs poszedł na kawę - dobra... Szczerze mówiąc, wyrzuciłem go z pokoju. Po prostu chciałem być sam. Sam na sam ze swoim bólem, cierpieniem i rozpaczą.
Nie mogłem po prostu umrzeć? Dlaczego muszę żyć i cierpieć jako inwalida? Kocham moją pracę, a teraz... Teraz... Nie mogę nawet myśleć o tej całej sytuacji. To wszystko po prostu mnie przerasta.
 - Przyniosłem kawę - Gibbs pojawił się w pokoju, jak gdyby nic się nie stało i umieścić kubek na szafce w zasięgu mojej ręki. - Właściwie, przyniosłem ci galaretkę zieloną - dodał lekko i wziął łyk swojej kawy.
 - Chcesz kolejną rundkę naszej rozmowy? - zapytał prowokacyjnie.
Gibbs...
Spojrzałem na niego, czując, że w każdej chwili wszystkie ściany i zamki moich wewnętrznych murów pękną. Wszystkie moje maski posypią się i pozostanę niczym nagie drzewo ze swoimi emocjami i uczuciami na zimnym, silnym sztormie. Będę się rozpadał i...
 - Złapię cię - zapewnił Gibbs, siadając na łóżku i delikatnie jak tylko Gibbs potrafił, przytulił mnie, uważając, aby nie naruszyć żadnego z moich szwów. I nawet nie wiem kiedy, zaczęłam płakać z bólu i bezradności.



** koniec flashback’u **



‘W mordę jego’ przeczytałem i uśmiechnąłem się. O rany... dokładnie tak. ‘Ale to nie był ostatni dzień mojego załamania, ale raczej jednym z wielu dni. Kiedy lekarz zdjął wszystkie szwy i opatrunki z mojego ciała zaczął się dla mnie bolesny okres rehabilitacji... To był dopiero początek tortur i depresji. Chciałem uciec... zapaść się pod ziemię, pogrążyć się w głębokim śnie i nigdy nie obudzić. Chciałem by wszyscy dali mi święty spokój i zostaw mnie (bardzo delikatnie mówiąc). Ale z tak zwariowaną rodziną jaką mam to mogłem zapomnieć o spokoju.
Mój ojciec prawdopodobnie zawarł dziwny pakt, jakieś porozumienie z Gibbsem. Wierz mi... mieć tych dwóch za ojców to nic zabawnego. Tak, są wspaniali na swój sposób, ale był okres kiedy nienawidziłem ich z całego serca. Oh... i Abby, Ziva, Ducky, Tim, Palmer. Oni również nie byli lepsi. Wspaniale jest mieć takich przyjaciół jak oni, tak opiekuńczych, a czasem bezpośrednich, ale... jakoś nie mogłem się przed nimi otworzyć. Nie byłem już tym silnym, śmiesznym, dowcipnym, flirtującym na każdym kroku żartownisiem Tonym. Przestałem rozpoznawać siebie samego... Nie wiedziałem już kim jestem... prawdopodobnie byłem w tym czasie wrakiem człowieka, który nie mógł zrobić najprostszych rzeczy samodzielnie’.



** flashback **



Kiedy Ell, moja pielęgniarka przywiozła mnie z rehabilitacji do mojego pokoju i pomogła mi położyć się na łóżku po prostu rozkleiłem się.
 - Tony? - oczywiście Gibbs przyszedł, jakby po prostu nie mógł zostawić mnie w spokoju.
 - Idź do diabła, Gibbs - rzuciłem nerwowo. Nie miałem energii, aby spierać się z nim. - Zostaw mnie w spokoju - mój głos drżał z nadmiaru emocji, z którymi nie potrafiłem sobie poradzić.
 - Tak po prostu chcesz się poddać, DiNozzo? - zapytał, a ja wiedziałem, że to będzie jedna z cięższych naszych rozmów/kłótni (sam nie wiem czym były nasze spory), a znając Gibbsa to wiedziałem, że nie odpuści dopóki nie wezmę się w garść.
 - Ja... naprawdę nie mogę... Po prostu nie mogę już - powiedziałem chowając twarz w poduszkę. Wszystko, całe moje ciało (oprócz rzecz jasna nóg) bolało jak cholera. Chciałem móc przestać czuć cokolwiek.
 - Jasne, że możesz - odparł zbliżając się tak, bym mógł go widzieć, nawet z ukrytą twarzą. – Przestań użalać się nad sobą, DiNozzo, bo to nie jest w twoim stylu.
 - Może w takim razie mnie nie znasz! - podniosłam głowę i poczułam łzy wściekłości i bezradności spływające mi po policzkach.
Gibbs stał z tym półuśmiechem Mona Lisy, który chciałem zedrzeć z jego twarzy. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że mój świat zawalił się, że nie widziałem już sensu w tym, co robiłem. Nie miałem sił by walczyć.
 - Och, ależ ja ciebie znam, problem w tym, że to TY nie znasz siebie! -  Gibbs powiedział opanowanym głosem siadając na krześle, wciąż z tym łagodnym uśmiechem. Gibbs i łagodny uśmiech... Nie jestem przyzwyczajony do Gibbsa, takiego jak ten. Gibbs krzyczący, wściekły Gibbs - tak, ale miły Gibbs, gdy krzyczę na niego? Cóż... to coś nowego! Coś co wyprowadzało mnie z równowagi i przerażało.
 - Gibbs... Nie mogę być pieprzonym agentem terenowym a wiesz jak ja nie cierpię papierków. Ja i papierki po prostu do siebie nie pasujemy! Ja... Po prostu... Ja nie... cholera, nie mogę prosić o pomoc – wyrzuciłem z siebie.
 - Dyrektor chce porozmawiać z tobą osobiście, ale dopiero, kiedy będziesz w lepszym nastroju – ot, cały Gibbs.  - Nie obchodzi mnie, czy chcesz, czy nie, DiNozzo, ale i tak pomożemy ci, nawet jeśli o to nie poprosisz to i tak uzyskasz pomoc i zarobisz jeszcze ode mnie w głowę!
 - Gibbs... nie bije się ludzi niepełnosprawnych - rzuciłem czując pewien rodzaj ulgi i wsparcia duchowego.
 - Widzisz tu jakieś osoby niepełnosprawne, bo ja widzę tylko agenta federalnego, który leży i użalania się nad sobą -  rzucił ostro pochylając się w moja stronę. – Dasz radę Anthony.
Anthony! Kiedy Gibbs wymawia całe moje imię to jak przechodzenie w bardziej intymną sferę naszej relacji, sferę ojca i syna, w sferę zaufania i przyjaźni.
 - Chcę w to wierzyć - powiedziałem i nagle poczułem lekkie pacniecie w tył głowy.
 - Więc uwierz – wyczułem rozkaz w głosie Gibbsa. Zamknąłem oczy powtarzając sobie w myślach niczym mantrę, że dam radę, że poradzę sobie. A silna dłoń na mojej pomagała mi w uwierzeniu w te słowa.



** koniec flashback’u **



Zaczęło szarzeć na zewnątrz. Gibbs spał obok mnie na łóżku. Nie jestem zły na niego, bo przeze mnie często wiele nocy zarwał. Cieszę się, że jest blisko i że mój ojciec i Jack śpią spokojnie w sąsiednich pokojach.
A poza tym, widok drzemiącego i chrapiącego Gibbs’a - bezcenne!

Robaczkosy

 Witajcie kochani po długiej przerwie :) Nie mam pojęcia czy ktoś z Was jeszcze tu zagląda tak z przyzwyczajenia lub zwykłej ciekawości lub ...