sobota, 14 stycznia 2012

Od Autora 2

Zwracam się do osób, które podesłały mi linka do swojego bloga a nie otrzymały ode mnie komentarza. 
Nie bijcie! :)
Musze się wytłumaczyć - wszystkie blogi mam w ulubionych i czekają na swoją kolej. Komentuję te, z którymi jestem na bieżąco obecnie a nowe niestety muszą troszkę poczekać. W chwili obecnej szykuje mi się sesja na studiach :/ Do tego prowadzenie własnych blogów a przede wszystkim prowadzenie polskiej-fanowskiej strony NCIS oraz profilu na FB jest niezmiernie czasochłonne :/ 
Zatem obiecuję, że jak tylko znajdę czas to na pewno przeczytam i skomentuję :)


Przy okazji - jeśli ktoś ma konto na FB a jeszcze nie ma naszej strony w ulubionych to zapraszam http://www.facebook.com/ncis.polska :)




Chandni

Nowy blog

A/N: Zatem powstał nowy blog z nowym opowiadaniem :) Zapraszam na A tak przy okazji to zapraszam na nowego bloga http://ncis-endinglife.bloog.pl/ 
Na tym blogu tutaj będę kontynuowała umieszczanie krótkich opowiadań. 


Pozdrawiam - Chandni

piątek, 13 stycznia 2012

Zasada nr 13

a/n: Dziękuję dziewczynom za komentarze i cieszę się, że opowiadania się podobają. Mam takie pytanie - jakbym miała zacząć nowe opowiadanie to pisać tu czy na nowym blogu? Pyt. nr 2 - na ff. net jest opowiadanie 'Ending live on Christmas". Czy chciałybyście by był w polskiej wersji i by go kontynuować?
A teraz wracając do fika - kolejny z Fikatonu. Gibbs i jego zasady ;)





  

Tony i Tim weszli do starego budynku, który jeszcze dziś miał być zrównany z ziemia. Mieli się tam spotkać z informatorem w sprawie  jaką właśnie prowadzili, chipu i ataku terrorystycznego. 
 - Dlaczego nie umówiłeś nas w Hiltonie? - szepnął Tony do McGee. Coś nie dawało mu spokoju. Och, tak - jego przeczucie. Ostatnio z nim nie najlepiej, ale wolał posłuchać go i być czujnym, zatem wyciągnął swoją broń i spojrzał na Tima. W budynku było ponuro. Przez brudne szyby wpadało niewiele światła, do tego odrapane i odznaczone przez miejscowych graficiarzy ściany nadawały "uroku" temu miejscu. Tim również chwycił za swoją broń i rozejrzał się. 
 - Przypomnij mi, że wiszę ci kasę - rzucił Tony, odwracając się na chwilę od Tima. Oczywiście jak wyjdziemy z tego cali, dodał w myślach. Usłyszał brzęk szkła i odwrócił się gwałtownie. 

*****

Gibbs zbiegł po schodach do piwnicy i ukrył w schowku brązową, niewielką kopertę. Rozejrzał się i wyszedł. Przy drzwiach wejściowych zastał Vivian, kobietę, z którą się spotykał od kilku dni. Chociaż nie powinien ze względu na zasadę nr 13 - a Vivian była już drugą prawniczką, z którą się umawiał. 
 - Witaj, kochanie - uśmiechnęła się do niego słodko. - A teraz, bądź grzecznym Jethro i oddaj mi chip - poprosiła. 
 - Jaki chip? - uśmiechnął się lekko. Czyli jednak zaczynamy grę, uśmiechnął się w duchu. Podeszła do niego i pocałowała w policzek. 
 - Dobrze wiesz jaki - odparła wskazując głową na kanapę, na której siedział McGee, a za nim stał mężczyzna z bronią wycelowaną prosto w głowę jego agenta. 

Co u diabła? - pomyślał - Przecież wysłał McGee z DiNozzo... Cholera! To była pułapka! Nie tak to chciał rozegrać, nie kosztem swoich agentów lecz dobrze wiedział, że jego ludzie są gotowi na każdą ewentualność.
Przyjrzał się swojemu młodszemu agentowi. Tim siedział sztywno, z kamiennym spojrzeniem starając się nie dać po sobie poznać, że się boi. Miał podbite oko i rozciętą brew. Jego ubranie było zakurzone i zabłocone, gdzieniegdzie widniały plamy świeżo zaschniętej krwi. 
 - Proszę, Jethro - uśmiechnęła się jadowicie i wyciągnęła do niego dłoń. - Nie przeciągaj tego - drugą ręką wyjęła komórkę i pokazała mu filmik. Zamrugał i spojrzał na nią, a potem na ekran komórki, na którym dostrzegł DiNozzo przywiązanego do krzesła i zakneblowanego.

 - Za pół godziny robotnicy zrównają ten budynek z ziemią - wyjaśniła chowając komórkę.
 - Przepraszam, Szefie - odezwał sie McGee. Gibbs spojrzał na niego. To nie była ich wina, lecz jego, bo nie sądził, że Vivian wykorzysta jego ludzi. Ale i ona nie znała jego i nie wiedziała jakie i czy posiada jakieś asy w rękawie.
 - Skąd pewność, że mam chip? - zapytał, przyglądając się jej uważnie. 
 - Jethro, proszę - prychnęła pogardliwie. - A niby po co umawiałabym się z tobą? Wiedziałam, że jedynie legendarny Leroy Jethro Gibbs może zdobyć potrzebne mi informacje i chip - rzuciła słodko. Gibbs pokręcił głową i uśmiechnął się.
 - Szkoda, że nie robisz pizzy - powiedział i w tym samym momencie w uchylonych drzwiach ukazała się Ziva. Jeden precyzyjny strzał i mężczyzna stojący za McGee runął ciężko na podłogę
 - Skąd? - zapytała zaskoczona, marszcząc brwi. Gibbs chwycił ja od tyłu za nadgarstki i założył kajdanki. 
 - Zawsze się ubezpieczam i ufam tylko kilku wybranym ludziom - szepnął jej do ucha, wyprowadzając ją na zewnątrz, gdzie czekali na nich agenci FBI.

******


Wyskakując z samochodu, który przed ułamkiem sekundy zatrzymał, wrzasnął do McGee by znalazł robotników i wstrzymał rozburzanie. Wskazał ręką Zivie, aby poszła od tyłu, a sam skierował sie do głównego wejścia. Trzymając broń w pogotowiu, wszedł ostrożnie rozglądając się na boki. Zatrzymał się w drugim pomieszczeniu i wycelował broń, zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze widzi. Przed nim stał DiNozzo, a za nim... nie... przecież... Bliźniaczki?
Gibbs zamrugał.

 - DiNozzo - wyrwało mu się z zaciśniętego gardła, chociaż to właściwie DiNozzo miał wbitą igłę w  szyję.
 - Miło, że Szef wpadł - odpowiedział Tony z pokerowa twarzą, jakby Gibbs właśnie dołączył się do rozmowy przy partyjce pokera.
 - Musiała odebrać mi i ciebie - przemówiła kobieta stojąca za DiNozzo i trzymająca strzykawkę z płynem, której igła tkwiła w ciele jego starszego agenta. - Tak, dobrze widzisz Leroy, bliźniaczki! - niemal krzyczała. - Zmarnowała mi życie, odebrała wszystko! Wiedziałam, co planuje. Wiedziałam też, że ją powstrzymasz. Kocham cie, Leroy - przez jej usta wylewał się obłęd i szaleństwo. - Będziesz tylko mój - dodała mocniej wbijając igłę w szyję DiNozzo.
 - Odłóż to, proszę - próbował łagodnie. Zazwyczaj nie używał słowa "proszę", ale w tej sytuacji...

 - Nie rozumiesz - pokręciła nerwowo głową i uśmiechnęła się lekko. - Nie chcę być na drugim planie. Pozbyłam się Viv, teraz pozbędę się tego chłopca, a następnie wszystkich, którzy staną mi na drodze do ciebie - ciągnęła. 
 - Nie rób tego - ostrzegł Gibbs. - Zabijesz agenta federalnego, a ja zabiję ciebie - odparł opanowanym, lodowatym głosem. Zobaczył jak jej dłoń przy karku DiNozzo drży. Tony zamrugał i jakby wstrzymał oddech.
 Cholera....
 - Proszę, odłóż to - niemal krzyknął.
 - Kilka kropel, kochanie - westchnęła, przybliżając twarz do ucha Tony'ego. Delikatnie musnęła wargami jego szyję. 

 - Kocham cie, Leroy - dodała, wstrzykując połowę zawartości strzykawki do organizmu DiNozzo.
Wszystko stało się bardzo szybko. Znów jednym precyzyjnym strzałem Ziva powstrzymała kobietę od wstrzyknięcia reszty płynu. Ciało upadło głucho na ziemię. Tony wyrwał strzykawkę i stał teraz masując kark. 
 - DiNozzo - Gibbs podszedł do swojego agenta z opuszczoną bronią. W pomieszczeniu pojawił się również McGee.
 - Nic mi nie jest - odparł Tony i osunął się nieprzytomny na betonową posadzkę. Gdyby nie szybki refleks Gibbsa uderzyłby ciężko o ziemię.
 - Karetka w drodze - oznajmił McGee, gdy pomagał Gibbsowi wyprowadzić nieprzytomnego przyjaciela z budynku. - Zaczną burzyć za godzinę - dodał. 

Na zewnątrz, jak zwykle, czekał na nich Ducky.
 - Kochani, co tu się stało? – starszy doktor podszedł do nich zmartwiony.
 - Duck, Tony'emu wstrzyknięto coś do organizmu, sprawdź co to. McGee - wystarczyło spojrzenie by Tim wiedział, że również ma zostać przebadany przez Doktora Mallarda. 
 - Zatem w drogę - oznajmił Ducky. - A ty, Jethro?
 - Mam sprawę do rozwiązania i dwóch agentów mniej - warknął. - David! - krzyknął do Izraelki. 
 - Zabezpieczyłam miejsce. Ducky, tu masz strzykawkę, może się przyda - podała mu woreczek na dowody. 
 - W rzeczy samej - rzucił szybko doktor, biorąc torebkę i wsiadając do wozu. 

******

Sączył leniwie trzecią kawę siedząc w pokoju przesłuchań. Na stole leżały akta, a przed nim siedziała kobieta, z którą jeszcze tak niedawno romansował. Vivian McLean w rzeczywistości nazywała się Sasha Patel. Jej ojciec należał do pakistańskich wojowników, którzy tak naprawdę byli zorganizowaną grupa terrorystyczną, szykującą atak na amerykańską bazę wojskową podczas Dnia Niepodległości. Upił łyk kawy i lekko się uśmiechnął, czym zaskoczył kobietę.
 - Przestań - warknęła. Siedzieli tak juz od trzech godzin. W pomieszczeniu było duszno i gorąco, a on jak gdyby nigdy nic sączył gorącą kawę i tak dziwnie sie uśmiechał. Nie odezwał się. Otworzył teczkę i zaczął ja przeglądać. 
 - Jak długo masz zamiar mnie tu trzymać? - powoli zaczynała się denerwować. Straciła grunt pod nogami. Nie mogła się wyprzeć tego, co zrobiła. Gibbs i jego ludzie zapewne już do wszystkiego doszli. - I tak nie wydam ci ich lokalizacji. Znam doskonale wasze pieprzone prawo - warknęła krzyżując ręce na piersi.

 - Nie musisz - westchnął posyłając jej półuśmiech. - Wiem już to, co chcę wiedzieć - dodał.
 - Zatem? - zdziwiła się. Nie rozumiała jego gry. 
 - Twoja siostra, Sarah - zaczął zamykając akta. - Skąd wiedziała o mnie, skoro dopiero wczoraj uciekła z zamkniętego zakładu?
 - I tam wróci - prychnęła, nachylając sie lekko w jego kierunku - Tam jej miejsce.
 - Już nie - oparł chłodno. Jego lodowate spojrzenie było utkwione w jej coraz bardziej przestraszonych oczach.
 - Jak to? - spytała od niechcenia i z lekkim niedowierzaniem. W co on gra!?
 - Sara próbowała zabić jednego z moich agentów i zginęła - odparł, nachylając się w jej stronę. - Podała mu Tiopental. Wiesz, co to jest, prawda? Sama dałaś jej fiolkę z nim - oznajmił, nie czekając na jej odpowiedź. Starał się być opanowanym, chociaż wewnątrz gotował się. DiNozzo leżał w szpitalu. Wystąpiły u niego działania niepożądane na ten środek.  Tiopental wywołał u DiNozzo depresję oddechową, obniżenie ciśnienia tętniczego  oraz zapaść sercowo-naczyniową, którą na całe szczęście udało się opanować. 
Przez te kobiety omal nie stracił starszego agenta, a zarazem przyjaciela i członka rodziny. 
 - Chciałaś chip i informacje - zaczął po chwili milczenia. - Zatem - kontynuował nieco ostrzej - Dlaczego moi ludzie?
Uśmiechnęła się tylko rozpinając guzik bluzki. Oblizała dolna wargę i uwodzicielsko odrzuciła kosmyk rudych, farbowanych włosów. Dlaczego zadała sobie tyle trudu, chociaż chodziło przecież zupełnie o coś innego? Dlaczego aż tak bardzo jej zależało? Ale czy jeszcze to miało dla niego jakiekolwiek znaczenie?
Nie zdołała odpowiedzieć, gdy do pomieszczenia wszedł Dyrektor i coś szepnął Gibbsowi na ucho. Uśmiechnęła się jadowicie na reakcję Gibbsa.
 - Czyżby coś przytrafiło sie tej Izraelce i Probiemu? - zapytała z niewinna minką. Gibbs wstał bez słowa i zastukał w weneckie lustro. Po chwili w drzwiach pojawiło sie dwóch agentów.
 - Odeskortujcie pannę Patel do wiezienia - rzucił chłodno wychodząc. 

******

 - Chip? - zapytał stojąc w pokoju Dyrektora.
 - Bezpieczny, tak samo jak twój zespół i baza. Nic się nie wydarzy podczas uroczystości - odparł z uśmiechem Vance. Ziva i Tim byli przygotowani na ewentualny atak, a do pomocy mieli jeszcze trzech innych agentów. A dzięki współpracy z zespołem agenta Balboy i informacjom od pewnych źródeł udało im się namierzyć i unieszkodliwić terrorystów bez zbędnych problemów. Tylko dlaczego znów jego zespół musiał ucierpieć?
 - Jak DiNozzo? - zapytał Leon.
 - Wyliże się z tego - odparł lekko Gibbs. Bo jeśli nie, to DiNozzo będzie przed mną odpowiadał, dodał w duchu.
 - Musisz skończyć z tymi prawniczkami - rzucił Dyrektor, ni to pouczająco, ni to ku przestrodze. Gibbs posłał mu jedynie swój słynny półuśmiech.



wtorek, 3 stycznia 2012

20 lat...

a/n: Witajcie w Nowym 2012 Roku :) Mam nadzieję, że Sylwester był udany :D Dziękuje Lovatic za komentarze :) Kolejny fik tym razem z 11 fikatonu.
Opis: GIBBS.







Położył się na ziemi, rozstawił swoją broń snajperską i obrał wyznaczony cel. Zastygł w nieruchomej pozie, z jednym okiem przymkniętym, a drugim przystawionym do celownika. Jego wargi były lekko zaciśnięte. Był całkowicie skupiony na swoim zadaniu. Nie istniało nic. Tylko on i jego cel. Jego ciało ubrane w jasny, wojskowy mundur, było napięte i gotowe do działania.
Na wzgórzu, ukryty w zaroślach, nie był widoczny dla nieświadomych niczego miejscowych tubylców, a w szczególności dla jego przeciwnika.
Czekał.
Był do tego przyzwyczajony.
Gdy tylko zauważył umówiony sygnał, strzelił, po chwili obrał następny cel i ponownie pociągnął za spust. Broń była niczym przedłużenie jego ręki, a celownik - przedłużeniem oka. Idealnie współgrały i trafiały perfekcyjnie w cel.
Do jego uszu dotarł odgłos eksplozji, potem serii z broni automatycznej, krzyki w nieznanym mu języku. W oddali drugi oddział szturmował rebeliantów na bardziej zamkniętym terenie. Nad nim przeleciał helikopter wojskowy, który z góry ich wspierał i ubezpieczał.  
Usłyszał jeszcze szum wiatru, poruszający gałęźmi krzewów a potem...
Potem zapanowała cisza.
Wstał, złożył broń i szybko puścił się biegiem w dół zbocza prowadzącego do wioski, nad którą unosiła się krwawa łuna ognia.
Kiedy tam dotarł w powietrzu unosił się smród palonych ludzkich ciał, które leżały na ziemi. Ogień pustoszył budynki.
Usłyszał krótką serię z karabinu, po czym zobaczył ludzi z jego jednostki.

***

Wracał wraz z kompanami do obozu polowego, jaki tymczasowo zorganizowali tutaj. Wieczorem mieli zostać przerzuceni w inny rejon.    
Byli już blisko i z oddali mógł dostrzec wyrazistą, smukłą postać swojego dowódcy. Wtem jego przeczucie gwałtownie dało o sobie znać. Znał ten stan nagłego poddenerwowania, jakby coś złego miało się nagle stać.
Kidy jeep zatrzymał się miał już pewność. Znał dokładnie ten wyraz twarzy dowódcy, który mówił wszystko. Miał tylko nadzieję, że jednak nie dotyczy jego, ze nigdy nie usłyszy tego co usłyszał.  
- Sierżancie Gibbs. - Niestety, w tej materii szczęście nie było po jego stronie.
- Sir - zatrzymał się naprzeciw mężczyzny.
- Bardzo mi przykro, Gunny. Wasza rodzina została zamordowana, wracacie do domu...

***

Gibbs otworzył nagle oczy i wydobył z siebie nieludzki dźwięk.
Jego stalowo niebieskie oczy były wilgotne od łez, których nawet nie był świadom. Wypuścił z płuc powietrze, które wstrzymał i przetarł dłonią twarz.
Znów przysnął w fotelu przy kominku czytając książkę.
Nalał sobie burbona i spojrzał w stronę przygasającego płomienia w kominku.
Na stoliku przy butelce z alkoholem leżała fotografia.
Dwadzieścia lat.
Równo dwadzieścia lat temu stracił Shannon i Kelly a w raz z nimi umarła i większa część jego samego.


piątek, 30 grudnia 2011

Hal Ho Naa Ho

a/n: Kolejny fik z ff.net. miałam go przetłumaczyć na polski ale jakoś nie idzie :P A dobrze mi się go pisało po angielsku ;) Uprzedzam, że mój ang. nie jest rewelacyjny, wiec jeśli jest osoba znająca się na gramatyce doskonale, to niech wybaczy :P Mam nadzieję, ze czytanie nie sprawi Wam problemów. Tak, jestem fanka kina indyjskiego dlatego postanowiłam napisać taki fik ;) Wszystkim Wam życzę Szczęśliwego Nowego Roku!!



Kal Ho Naa Ho - Tomorrow May Never Come

He was sitting at his desk with a grimace on his face. On his desk was lying DVD - MOVIE. Well... he loved movies but this... this was a BOLLYWOOD movie! You know - a movie with all this dancing, singing, lots of colors and of course - crying!

It was Gibbs’ idea that HE had to watch THIS movie, cause their dead bossman watched it before he had shot himself. And Tony wasn’t surprised that he did it after watching this movie. But Gibbs was Gibbs and everyone knew how Tony loved movies. So... he ended in dark squad room with popcorn and extra large Pepsi. Because you had to know that this movie is 184 minutes long - 184 MINUTES! And Gibbs ordered him to watch the whole thing without fast-forwarding.

Tony took a deep breath and pressed “play” on his keyboard.
“Where you are?” he muttered, waiting for main character to finally appear on the screen. He sipped his Pepsi, slightly bored.

He just knew Naina - not to pretty girl who’s mad at all the world. And of course her famlily had problems with money - standard for this kind of movie. Of course bad character was grandmother, Li... La-blah-blah-something, nah.. he would break his tongue if he tried to say her name. And the same thing is with name of her best friend - well.. just called her ‘Sweetu’, shall we? And oh... friend name Rohit.

And now, now... oh yes... main character, Aman,  just showed up and yes - first song.
“Not that bad,” Tony said, feeling as his arms slowly began moving up and down. “I think I might like this song,” he muttered and grabbed his popcorn.

After fifteen minutes he was sure that if this Aman-guy was real, Tony would like him and they would have a lot of fun together.
“Remember - 1,2,3 and Eeee... - when you practice your smile,” he laughed.

First part of movie was just crazy and Tony couldn’t stop himself from laughing. But of course this is movie and bollywood movies always have two parts and this guy is too perfect. He had to have some bad secret.

Well...  When Aman said to Naina that this woman in the picture was his wife, it wasn’t what Tony had in mind when he was thinking about dirty secrets, but why not?

But after this scene everything gone wrong.
“You’re kidding?!” he almost yelled with furry when Aman said to his mother that he’s dying - he have ill heart and he need transplant.
Tony hit pause on his keyboard and looked if anyone were in neighbourhood. He breathed deeply sinking into his chair.
“Geez, DiNozzo, you will not cry on this stupid movie!” he ordered himself. But it was harder and harder just to remain calm.

Because Aman - who was, of course, in love with Naina (he’s not married, she’s his doctor!) - knowing that his lifespan is limited, he went through life facilitating friendships and courtship, and urging people to enjoy themselves in the present moment since ‘tomorrow might never come’. And of course his excursions into such altruism lead him to sacrifice his love for Naina and instead play matchmaker between her and Rohit.

And that’s why he’s not into this kind of movies!
“Crap! Don’t do this, Aman, don’t do this to me!” Tony had to blink several times because he’s eyes began watering.
This part with Rohit’s ‘diary’ when Naina learned about their dirty agreement and Aman was pretending that he’s reading Rohit’s diary - Tony was close to tears.
“Remember to not watch this kind of movies at work,” he said to himself .“That has to be a rule...” he added taking deep, calming breath.

Thanks Heaven, nobody was there in squad room, because when Aman run to Naina after he has left hospital, Tony couldn’t hold it any more. One tear escaped his eyes.
“Crap,” he whispered and very quickly wiped it with his jacket’s sleeve.

Of course there’s happy ending. Well... in one way. Naina married Rohit. Grandmother wasn’t that bad, they didn’t have any more problems with money, family was happy.
But Aman died.

Tony finished watching movie and went to the head. He washed his face and looked at the mirror, taking some deep breaths. Something was in this movie. Some deep message. He couldn’t understand how someone could love another person so much, to let this person marry someone else. Even if that person was dying. In real world nobody is able to make such sacrifices.
He was relieved that Gibbs was with Vance in MTAC, Ziva went with McGee for a dinner and Abby was at her lab, so nobody could see him like this.

But after a while when he digested and thought about the movie, he began thinking about their case.
So... there could be several options:
A - Bossman Davidoff shoot himself because he was in love with woman that couldn’t be with him/or he couldn’t be with her for some reason;     
B - Someone knew that bossman was in love with woman that he shouldn’t and forced him to take his life;
C - Someone faked Davidoff’s suicide.

But who and why?
He had to go to Abby and check if she had anything.
His gut was telling him that the answer was within hand’s reach and it had to do something with this movie.

*********************

Oh, boy!
How he liked it when he was right!
Abby found fingerprints on DVD player and they belonged to lieutenant Justin Jackson.
So, puzzle formed themselves in one durable unit.
And Gibbs was, oh so nice, to let Tony to interrogate Lt. Jackson. And Tony did it with wild pleasure, especially when Ducky gave him his final autopsy report.

“You know, I’m the man that’s not into some kind of movies,” he began when he was sitting with Lt. Jackson in interrogation room. “But you have to know that this time I’m grateful that I was forced to watch this thing.” Tony gave him the evil smile and continued his foreplay. “You have been very careless, Lieutenant, and you left us very pretty gift - your fingerprints on DVD player at Davidoff’s house. So...” Tony stood up and walked to Lt. Jackson, “I’ll tell you a story. There were one pretty girl, Anna and two Marine-boys. And those boys, oh... they were so in love with Anna. And she couldn’t chose with whom of this Marine-boy she will be. So... You found out that Davidoff is the other one. He was - what? -  better than you?  Better looking or what? Younger?”

“That... that’s not what you think,” Jackson snapped suddenly, sending an angry glance.
“And what?” Tony asked sarcastically.
“He wasn’t good for her. He beat her and cheated with prostitutes,” he answered.
“Oh, boy,” Tony sat on the table. “And we have problem, because Anna told us something else. That you beat and cheated on her. And that, even if you did it, she made her decision and choose you.”
At  these words Lt. Jackson looked at DiNozzo, confused.
“She did?” he gasped.
“Yes, and well... if you waited two months this problem with threesomes would have solved itself,” Tony leaned to Jackson and almost whispered the last and final worlds. “Our autopsy report tells us that Davidoff had cancer and had only two months of life before himself,” with that Tony left interrogation room.

*****************

“Well, Tony, tell us about this bollywood movie. You liked it?” Ziva asked with sarcastic smile after finishing her report. Of course they had to tease him about it.

“Nah... it was boring, to long and I made rule that says ‘Never watch bollywood movies,’” he answered taking his backpack.
“So tell me, why you bought tickets for bollywood movie festival that’s on this week in cinema?” McGee asked with this dirty smile on his lips. Even Gibbs looked at him amused.
All Tony did was stupid red face. Damn!
“Good night,” he said evasively, sending them a murderous look and putting his report at Gibbs’ desk and then quickly  leaving squad room.
“Never watch bollywood movies... at work” he whispered to himself when elevator doors closed behind him and small smile appeared on his lips. But, dammit, how on Earth McSmartass found out about tickets? They won’t let him live with this the next two weeks or more.
But, hey, at least he will have a good weekend with even good movies.



End :)

niedziela, 25 grudnia 2011

Chuck Norris jest wieczny, bo nie spotkał Gibbsa!

a/n: Świątecznie ale z przymrużeniem oka ;) Kolejny fik z FIKATON'u. Tym razem dzień 11 mojego maratonu. Jest to zbiór tekstów głównie z forum http://www.navyncis.com.pl/forum/, znajdzie się też z serialu. Są to nawiązania do słynnych anegdotek o Chucku Norrisie :)  




Wystarczy jedno spotkanie z Gibbsem i jego zespołem byś wiedział, że:
Tylko Gibbs zdzieli cię po głowie tak, że poczują to jeszcze twoje wnuki.
Tylko Gibbs powie ci, jak, będąc draniem, przetrwać trzy małżeństwa i wyjść z tego cało.
Tylko Gibbs wie, jak wyciągnąć łódź z piwnicy nie niszcząc jej. (Łodzi i piwnicy. Może Sherlock Holmes powinien tam się zjawić?)
Tylko Gibbs powie ci, jak przeżyć strzelaninę, wybuch bomby i dzień bez kawy.
Tylko Gibbs umie skradać się w kombinezonie.
Tylko Gibbs umie zrobić w bambuko swojego Dyrektora i nawet się przy tym nie namęczyć.
Tylko Gibbs walnięciem w głowę potrafi uleczyć dżumę.(Tony jest na to idealnym dowodem)
Tylko Gibbs potrafi naprawić każdy komputerowy problem jeb** tzn. uderzeniem w monitor. (Dla Gibbsa reset naprawia wszystko)
Tylko Gibbs potrafi strzelić do porywacza bez odstrzelenia zakładnikowi ucha.
Tylko Gibbs potrafi zmienić wodę w burbona.
Ludzkie wykrywacze kłamstw poruszają się zasilane kawą, zapakowane są w srebro i nazywają się Gibbs (albo drań).
Agenci Specjalni NCIS przychodzą i odchodzą, ale Gibbs zostaje.
Tylko Gibbs zna wszystkie opowiastki Duckmana.
Tylko Gibbs potrafi zużyć więcej telefonów niż wypić kawy.(Co wydaje się wręcz niemożliwe - a jednak)
Tylko jedno spojrzenie Gibbsa sprawi, że podejrzany sam się skuje kajdankami.
Gibbs potrafi załatwić wszystko, poza wizytą u dobrego fryzjera.
Żyletka Gibbsa ostrzy się sama.
Nie prowokuj gniewu Gibbsa, chyba że jesteś nadpobudliwą Gotką pracującą w laboratorium NCIS.
Tylko Gibbs wchodząc do pomieszczenia sprawia, że temperatura w nim od razu spada o 10 stopni.
Jeśli w sklepie, do którego wchodzi Gibbs nie ma promocji na białe podkoszulki - ceny spadną same.
Bóg chciał stworzyć świat w miesiąc. Chuck Norris dał mu tydzień. Potem przyszedł Gibbs i zarządził wolną niedzielę.
Tylko Gibbs potrafi mieć salę konferencyjną i własne biuro w windzie.
Tylko Gibbs potrafi się oprzeć i zjeść tylko jedną pistację.
Gibbs widzi to, czego nie widzą inni.
Tylko Gibbs ma 100% skuteczność w działaniu.
Tylko Gibbs pomoże Ci rozwiązać problem nic nie mówiąc.
Samo spojrzenie Gibbsa może zabić. I to na więcej niż osiemnaście sposobów.
Gibbs nie walnie cię z pół obrotu, za to może załatwić cię w inny, znacznie przebieglejszy sposób.
Tylko Gibbs potrafi zorganizować zastawę na stół bez wychodzenia z piwnicy.
Dzięki swoim niesamowitym zdolnościom śledczym Gibbs wie, gdzie są Zagubieni.
Gibbs jest zawsze tam, gdzie się go nie spodziewasz.
Tylko Gibbs może wsadzić całe laboratorium do windy.
Tylko Gibbs może dzwonić do Abs żeby poflirtować (w godzinach pracy).
Tylko Gibbs wie jaki prezent sprawić Abby (żeby ją zamurowało).
Gibbs nie wychodzi jeść, to jedzenie przychodzi do niego... nawet jeśli najpierw "przyszło" z kimś z zespołu.
Zasady Gibbsa mają swoje własne zasady.
Na początku był Gibbs, potem były zasady, a później chaos.
Samo spojrzenie Gibbsa mówi ci co masz myśleć i robić.
Gibbs władcą umysłów. Przy nim nawet twoje własne myśli nie są twoje.
Tylko Gibbs umie zbudować łódź gołymi rękami.
Tylko Gibbs potrafi zdobyć teczkę na każdego, włącznie z teczką na Dyrektora agencji.
Elektryczność sama się naprawia widząc Gibbsa.
Chuck Norris przy Gibbsie to Probie.
Nawet srebrna kula nie zabije Gibbsa - może go jedynie przyprawić o zgagę lub niestrawność żołądka...

czwartek, 22 grudnia 2011

Sylwestrowa impreza

a/n: Chciałabym podziękować za wszystkie świąteczne życzenia i samej złożyć WAM wszystkim ciepłe i serdeczne życzenia świąteczne. Dużo prezentów pod choinką, uśmiechu na każdy dzień a tym, co piszą przede wszystkim WENY!! Mam nadzieję, że przyjmiecie ode mnie taki prezent świąteczno-noworoczny:)
Opis: Team NCIS spędzający razem sylwestra i 8 butelek starego wina :D




"Sylwestrowa impreza"


  Miał wielkie, bardzo wielkie, gigantyczne wręcz plany na tegorocznego sylwestra. Wszystko było w stanie podwyższonej gotowości już od dwóch tygodni. Chłopaki z Baltimore przygotowali niezłą imprezę w prywatnym klubie. Rzeka alkoholu, gorące panienki, świetne żarcie. Czekał na ten dzień jak głodny bezdomny na swój pierwszy od długiego czasu ciepły posiłek.
  Ale nie... to byłoby zbyt piękne. 
   Przecież jest Bardzo, a nawet Najbardziej Specjalnym Agentem Federalnym gotowym do akcji dwadzieścia cztery na dobę, przez siedem dni w tygodniu, co daje ostatecznie trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku oczekiwania w pełnym rynsztunku i gotowości. Dla własnego bezpieczeństwa psychicznego wolał nie przeliczać tego na minuty i sekundy. Tak na wszelki wypadek.
  Zamiast siedzieć na imprezie i pić w najlepsze, utkwił w górskim domku przy granicy z Kanadą. W domku gdzie nie było ogrzewania, tylko jeden, w dodatku niewielkich rozmiarów, kominek, który to kominek Gibbs z Probiem vel McGyverem próbowali zmusić do współpracy. Niestety tak kominek jak i reszta domku były dość zawilgocone, żeby nie powiedzieć zupełnie zapuszczone. Wzniecanie ognia zapałkami wyjętymi z praktycznie mokrego pudełka też nie należało do najłatwiejszych. Tony podejrzewał, że szybciej uda się im podpalić śnieg niż te szczapy drewna. Chociaż gdyby Gibbs się wystarczająco zdenerwował, drewno zapaliłoby się od samej intensywności jego spojrzenia...
 Stare okna przepuszczały lodowate powietrze, i to tak chętnie, że zasłony fruwały w zachwycie wokół rozeschniętych ram okiennych. Jeśli ubiegłoroczna zima była zimą stulecia, to ta nie miała sobie równych. Ziva kończyła zapalać znalezione w kuchni świeczki, bo oczywiście elektryczność wysiadła. O konserwacji instalacji elektrycznej najwyraźniej też nikt nie pomyślał.
 Czego on oczekiwał, gdy za oknem szalała burza śnieżna? Westchnął ciężko i ruszył przed siebie, by się nieco rozgrzać. 
  Ziva i Tim rzekomo również mieli jakieś plany na dziś. Gibbsowi chyba było to bez różnicy, gdyby nie utknął z nimi tutaj, jak zwykle siedziałby w swojej piwnicy z burbonem ale już bez  łodzi. Chyba mózg mu przemarzł i kabelki przestały łączyć, bo nie potrafił wyszukać filmu odpowiedniego do tej sytuacji. Może "Lawina", "I kto to mówi 2" albo "Awaryjne lądowanie"? Nie, w tym ostatnim to się rozbili samolotem, a oni na szczęście się nie rozbili. Tylko ciekawe czy ich samochód odpali po tej burzy? Zszedł ostrożnie po schodach do piwnicy, oświecając sobie drogę jedną z dwóch zabranych z auta latarek. Pod ścianą w rogu dostrzegł drewnianą skrzynię, z której wystawało siano. 
 - Cóż my tu... - zaczął podnosząc wieko i aż zaniemówił na widok ośmiu zakurzonych butelek wina - Rocznik 73, dobrze zakorkowane - stwierdził ścierając kurz, po czym rozejrzał się z zainteresowaniem. No tak, na korkociąg nie ma co liczyć, ale może ktoś na górze będzie miał - stwierdził. Chwycił dwie butelki i szybko wrócił do zespołu.
 - DiNozzo coś znalazł - półuśmiech zatańczył na twarzy Gibbsa. 
 - To nie to, co twój burbon Gibbs, ale... - rzucił szczerząc zęby w szerokim uśmiechu - Mamy w końcu Sylwestra!
 - W moim plecaku mam tabliczkę czekolady i jakieś batony - chwycił za torbę McGee i zaczął grzebać w środku.
 - Krakersy - rzuciła beztrosko Ziva, sięgając po szeleszczące opakowanie. 
 - Batony - wyciągnął Gibbs i zaczął szperać dalej. - Dwie paczki Bake Rolls - dodał kładąc opakowania na starą drewnianą ławę. Wszyscy usiedli wokół kominka, w którym nareszcie tańczył wesoło ogień. 
 - To ja idę po resztę - uradował się Tony, patrząc na stos jedzenia. - Ach, Szefie - zatrzymał się w pół drogi - w moim plecaku są batony, czekolada i kanapka. Spróbujcie otworzyć jedną butelkę. 

***************************

  Dochodziła północ, gdy kończyli czwartą butelkę. Z oddali było słychać odgłosy fajerwerków. Co prawda burza ustąpiła, ale było tyle śniegu, że nie mogli się wydostać, a poza tym, kto zdrowy na umyśle wychodziłby teraz, w środku nocy, na taki ziąb, kiedy w domku było tak przytulnie. 
 - Za następny rok - wzniósł toast plastikowym kubkiem Gibbs.
 - Za naszą ekipę - dodał Tony. 
 - Za naszą ekipę - zawtórowali mu. 
 - To może teraz... - zaczął spoglądając łobuzersko na towarzyszy. - Prawda czy zadanie?
 - Tylko ty, DiNozzo - zaśmiał się Gibbs. 
 - Skoro tak, to ja pierwsza - uśmiechnęła się szyderczo Ziva. - Prawda czy zadanie, Tony?
 - Prawda - odparł bez namysłu.
 - Kiedy ostatni raz uprawiałeś seks? 
  Poczuł jak robi się czerwony ja burak. Przykleił sztuczny uśmieszek z zamiarem wymyślenia jakiejś odpowiedzi, oczywiście zmyślonej.  
 - Tylko prawda, DiNozzo - upomniał go Szef.
 - Dobra, dobra - westchnął ciężko. - Ostatni raz był z Jeanne. Zadowoleni?
 - Sam chciałeś, Tony - wypomniał mu Tim. 
 - Zatem.... McGee - Tony szybko wrócił do swojego złośliwego wcielenia. - Czy robiliście to w trumnie?
 - E... co? Z kim? - zająknął się Tim, zdezorientowany tym pytaniem, bo nawet nie został zapytany, co wybiera.
 - Z naszą Czarną Damą - uświadomił go Tony.
 - No, coś ty... NIE! - odarł szybko. - Szefie, prawda czy zadanie?
 - Prawda.
 - Najgorszy prezent świąteczny?
 - Krawat z nadrukowanymi prezerwatywami i niebieski sweter z bananem - odparł i chwilę później musiał poklepywać DiNozzo, który zakrztusił się winem. 
 - Ziva - rzucił wyzywająco.
 - Zadanie - odpowiedziała bez namysłu. 
 - Wreszcie mamy odważną! - ucieszył się Tony. 
 - Skoro się tak cieszysz - uśmiechnął się tajemniczo Gibbs, na co uśmiech zszedł z twarzy Tony'ego. - Ściągaj gacie.
 - Że co? To nie moje zadanie! - spanikowany Tony wcisnął się mocniej w starą kanapę, która aż zatrzeszczała.
 - Ziva, zrobisz DiNozzo malinkę na pośladku.
 - Ale... - zaczęła protestować Ziva.
 - Widzieliście siebie nago, a poza tym będziesz robić na górnej części - wyjaśnił. 
Po chwili zadanie zostało wykonane i na zakończenie swojego dzieła Ziva klapnęła Tony'ego w pośladek.
 - Auuuu! - zawył. Nie dość, że wessała się w niego jak pijawka, to jeszcze bije!
  W tym samym czasie McGee otworzył piątą butelkę. 
 - Teraz moja kolej - odgrażał się Tony. - McFarciarz.
  Tim siedział chwilę zastanawiając się, co wybrać. Znając DiNozzo, był gotowy do szalonych pomysłów i w jednym i w drugim. Upił spory łyk wina na odwagę.
 - Zadanie.
 - Mój ty Prooobieee! - Tony wyszczerzył zęby zacierając przy tym ręce. - Zagrasz na butelkach, a raczej zagwiżdżesz czołówkę z "Magnum".
  Tim odetchnął z ulgą. Nie tego się spodziewał, chociaż w tych warunkach Tony niczego innego, a przynajmniej bardziej sprośnego, nie mógłby wymyślić. Poza wybiegnięciem nago na mróz. 
Jak to leciało? Tim wziął głęboki oddech, ustawił butelki i zaczął wygrywać melodię. Tylko raz zafałszował. 
 - Całkiem nieźle McMaestro, całkiem całkiem - przyznał Tony nalewając już z szóstej butelki. - Ja mam pytanie ogólne do wszystkich - zaczął nieco poważniej i na moment zapatrzył się w tańczące płomyki ognia. - Czego najbardziej baliście się w życiu?
 - Że nie będę wystarczająco dobry by pomagać innym - wydukał McGee. - I stracę tych, na których mi zależy.
 - Ja najbardziej bałam się prawdy - zaczęła Ziva. - Najpierw Ari, potem Eli i Michael. Bałam się okazać swoje słabości.
 - Tony? - zapytał McGee.
 - Że stoczę się jak mój ojciec i spełnią się jego słowa, że umrę w jakichś kanałach z dala od bliskich i nikt nigdy nie uroni za mną łzy - odpowiedział drżącym głosem. - Rozkleiłem się się - próbował się uśmiechnąć. Przecież nie wypili aż tyle... uch... sześć już poszło... no może jednak wypili trochę. - Szefie?
 - Że zawiodę moich najbliższych i ich nie ochronię - odparł gorzko. 
 - Wznoszę toast - Tony wstał chwiejnie z kanapy i wzniósł swój tandetny, plastikowy kubek do góry. Jego towarzysze uczynili to samo. - Abyśmy przezwyciężali zawsze razem swoje słabości i jęki... znaczy lęki jak... jak... w każdym razie razem! Nasze zdrowie!
 - Zdrowie! - odpowiedzieli jednocześnie stukając się kubeczkami, ochlapując się przy tym nieco winem.
 - Chyba pora iść spać - ziewnął McGee. Faktycznie było już w pół do trzeciej, a rano trzeba będzie wstać. Och i z pewnością przywita ich megakacyk. 
  - Dobranoc - ziewnął Tony. On, McGee i Ziva usadowili się wygodnie na kanapie, podczas gdy Gibbs zajął duży, wysłużony fotel. Uśmiechnął się na widok śpiących agentów, by po chwili samemu zasnąć. 

******************************************

  Rankiem obudził ich silny aromat świeżo mielonej kawy. Gibbs i jego młynek, gotowi na każdą ewentualność.
 - Dzień dobry - przywitał ich całkiem rześki Gibbs, wręczając każdemu z agentów po kubku kawy. 
  Tony uśmiechnął się do siebie, przecierając wciąż zaspane oczy. To będzie dobry rok, pomyślał upijając łyk mocnej kawy. 



Robaczkosy

 Witajcie kochani po długiej przerwie :) Nie mam pojęcia czy ktoś z Was jeszcze tu zagląda tak z przyzwyczajenia lub zwykłej ciekawości lub ...